Jak ocenia Pan obecną sytuację na Białorusi?

Dla mnie jako obserwatora z zewnątrz wydarzenia w tym kraju są dużym zaskoczeniem. Chodzi mi o to, że doszło do nich mimo obecnych trendów politycznych w Europie, kiedy rosną w siłę zwolennicy autorytarnych rządów na wzór Władimira Putina i Alaksandra Łukaszenki.

Ostatni raz na naszych oczach o swoją wolność na Starym Kontynencie w 2014 r. walczyła Ukraina. I wygrała. Owszem, straciła Krym oraz realną kontrolę nad Donbasem, ale obroniła państwowość i wolność, pokazując wszystkim, że jest częścią wolnej Europy. Władimir Putin utknął w martwym punkcie. Minęło sześć lat, odkąd rozpoczął wojnę z Ukraińcami i nie był w stanie posunąć się naprzód. I to również na tle faktu, że prawie we wszystkich krajach europejskich podnoszą dziś głowę skrajnie nacjonalistyczne siły. Nie chcę przez to powiedzieć, że przejmują dominującą pozycję. To nie jest prawdą. Ale dziś zagrożenie z ich strony jest silniejsze i bardziej zauważalne, ponieważ próbują się legitymizować i otwarcie mówić o sobie. Marine Le Pen we Francji, Matteo Salvini we Włoszech, Amerykanin Steve Bannon, jednoczący skrajnie nacjonalistyczne ugrupowania w całej Europie. To nie przypadek. To trend, z którym musimy się liczyć. Taka jest dzisiejsza rzeczywistość, w którą aktywnie ingeruje Władimir Putin, korzystając z nowoczesnych narzędzi i technologii propagandowych, przede wszystkim z telewizji i internetu, finansując zagranicznych polityków, partie i ruchy, których potrzebuje, czyniąc ich tym samym proputinowskimi i prorosyjskimi. Z tego samego powodu Łukaszenka ma de facto więcej sojuszników w Europie dziś niż w poprzednich latach. Widzimy, że nie wszyscy politycy, nawet w UE, są gotowi potępić i ostrzec Putina przed agresywnymi krokami wobec Białorusi.

Niestety Białoruś znajduje się obecnie w wyjątkowo beznadziejnej sytuacji. Jak Polska w 1939 r. przed inwazją niemiecko-sowiecką. Białorusi nie udało się wejść do NATO, Łukaszenka nawet nigdy nie zamierzał tego robić. W rezultacie Białoruś nie tylko nie jest chroniona (w przeciwieństwie do krajów bałtyckich i Polski), ale poprzez cały szereg formalnych porozumień z Rosją podpisanych przez Łukaszenkę już dawno oddała swoją niepodległość na łaskę Putina. Tak na mocy traktatu wojska rosyjskie mają prawo do obrony integralności terytorialnej Białorusi, a skoro interpretacja tego, co zagraża państwu, a co nie, jest prerogatywą Moskwy, Putin ma prawo wysłać wojsko na Białoruś w dogodnym dla siebie momencie. Przy czym wydaje mi się, że utopią jest oczekiwać od Putina miłosierdzia, czyli wierzyć, że nie skorzysta on z tego prawa. Jako zatwardziały KGB-ista on jest fizycznie niezdolny do bycia łaskawym. Jest zdolny tylko do przebiegłości i podłości, także w polityce międzynarodowej. Tego właśnie uczono go przez całe życie w KGB. On rozmawiał już z Angelą Merkel, Emmanuelem Macronem. I wytłumaczył im, że Białoruś jest częścią Federacji Rosyjskiej, że Białorusini nie istnieją, a na mapie państwa Białorusi nie było aż do „największej katastrofy z 1991 r.” – rozpadu ZSRS, której konsekwencje on, Putin, uważa za swój obowiązek zniwelować. W odpowiedzi wszystko co on mógł usłyszeć od Merkel i Macrona to znane mu już słowo „sankcje”. Ale to słowo już go nie przeraża. I oczywiście wielki wpływ na sytuację ma to, że nadal nie usłyszeliśmy stanowczej krytyki pod adresem Łukaszenki z ust Donalda Trumpa. A Europa bez USA jest dla Łukaszenki znacznie mniejszą siłą niż Rosja, opierająca się na milczenie USA.

O tym, że ludzie nie chcą Łukaszenki na stanowisku prezydenta i żądają „zmian” - wszyscy już wiedzą, łącznie z Łukaszenką. Czy na Białorusi są siły (poza narodem), które domagają się tych zmian - nie wiem.

Po zajęciu ukraińskiego Krymu przez Rosję w 2014 r. wspominał Pan w swoich wywiadach, że kolejnym celem Kremla może być Białoruś. Czy może się to urzeczywistniać właśnie teraz?

Istnieje wysokie ryzyko, że może do tego dojść. Rosja od lat flirtuje z Łukaszenką i spekuluje na temat idei państwa związkowego, co w praktyce oznacza prostą aneksję Białorusi. Gdyby nie ukraiński Majdan, Putin już dawno zająłby Białoruś. Ale z powodu rewolucji na Ukrainie musiał rozpocząć wojnę na zupełnie innym froncie i Białoruś zeszła na dalszy plan. Tym bardziej, że z jego punktu widzenia Białoruś nigdzie nie ucieknie.

Putin jako osoba paranoiczna boi się dwóch międzynarodowych instytucji – NATO i Unii Europejskiej. Jego strategicznym zadaniem jest niszczenie obu z nich. Ciężko pracuje, by osiągnąć swój cel. Jest przekonany, że Łukaszenka nie wejdzie ani do NATO, ani do UE. Wie, że tam go nie zaproszą. Ale każdy nowy rząd Białorusi, w tym rząd Swiatłany Cichanouskiej, będzie oczywiście rozważał kwestię przystąpienia do Unii Europejskiej. Właśnie do UE, a nie do NATO. Sytuację pogarsza jednak fakt, że jesteśmy w okresie (sierpień–wrzesień), który historycznie był często wybierany przez agresora do rozpoczęcia działań wojennych w Europie.

Patrząc na mapę Europy widać, że z punktu widzenia strategicznego przyłączenie Białorusi do Federacji Rosyjskiej radykalnie zmienia układ sił i stwarza bezpośrednie zagrożenie inwazją rosyjską, przede wszystkim w krajach bałtyckich, które, podobnie jak Białoruś, były wcześniej częścią Związku Sowieckiego. W tym przypadku wiele będzie zależało od pozycji USA jako członka NATO. Co więcej, Putin ma na stanie kolejną niewykorzystaną broń jądrową w postaci rosyjskich elektrowni atomowych, które on konsekwentnie buduje w krajach europejskich czyniąc z nich bomby zegarowe, ponieważ stacje te są serwisowane i faktycznie kontrolowane przez Rosję.

Jak ocenia Pan postać Swiatłany Cichanouskiej jako potencjalnej prezydent Białorusi? Jakie są jej mocne i słabe strony? Czy można już teraz powiedzieć, jak bardzo Rosja mogłaby wpłynąć na jej działania w przyszłości jako białoruskiej liderki?

Może się mylę, bo patrzę na wydarzenia z zewnątrz i ostatni raz byłem w Mińsku w 1999 r., ale wydaje mi się, że tym razem na Białorusi odbyło się głosowanie protestacyjne, tj. głosowali nie tyle za Cichanouską, ile przeciwko Łukaszence. To częste i naturalne zjawisko w krajach, w których prezydent nie jest popularny. Jeżeli Cichanouskiej uda się przezwyciężyć Łukaszenkę i objąć fotel prezydenta, ten fakt będzie właśnie jej mocną stroną. Inni rywale Łukaszenki przez lata ponosili klęskę. Czy Putin będzie mógł i próbował wpływać na politykę i działania przyszłego prezydenta Białorusi? Na pewno. W jakim stopniu? To zależy od talentu dyplomatycznego nowego lidera, który będzie musiała pokazać nie w relacjach z Putinem, na którego dyplomacja nie działa, tylko w relacjach z Unią Europejską. Wspólnota dla Białorusi jest dziś jedynym środkiem ochrony przed rosyjską agresją i aneksją. Na przykład Polska ma trzy poziomy ochrony: NATO, Unię Europejską i samą siebie. Oprócz kochających wolność ludzi Białoruś nie ma teraz prawdziwych obrońców.

Zdaniem rosyjskiego socjologa i publicysty Igora Ejdmana Białoruś miała pecha, bo przytrafił jej się Łukaszenka. I gdyby nie on, kraj ten mógłby dziś być na poziomie Łotwy czy Litwy.

Oczywiście, że Białoruś nie miała szczęścia. Pod rządami Alaksandra Łukaszenki Białoruś zatrzymała się w czasie. Początkowo podobało się to wielu osobom, zwłaszcza komunistom, również tym z Rosji. Sytuacja była zamrożona, ale stabilna. Jednak w tych warunkach Łukaszenka z prezydenta przerodził się w tyrana. Dyktatorzy prędzej czy później odchodzą. Albo robią to z własnej woli, albo zostają usunięci siłą. Teraz nadeszła kolej Łukaszenki. Gdyby był mądrym człowiekiem, jakiś czas temu znalazłby sposób na odejście, spokojnie, a nawet z godnością. Niestety, ten moment dawno przegapił. Dyktatorzy zawsze mają ten problem – tracą związek z rzeczywistością. Krótki historyczny okres ich panowania postrzegają jako wieczność. Dyktatora często kosztuje to życie. Kraj zaś płaci rewolucją.

Putin przynajmniej reprezentuje instytucję FSB, która przejęła władzę w Rosji, i polega na tej instytucji. Kogo Łukaszenka reprezentuje i na czym polega poza białoruskim KGB? Tego nie sposób zrozumieć, bo nikogo nie reprezentuje. A poleganie na lokalnym KGB może nie wystarczyć, bo Łukaszenka nie jest z KGB, to nie ono doprowadziło go do władzy. Nie jest taki jak Putin w Rosji. Jest dyktatorem samotnikiem. Wydaje mi się, że we współczesnej Europie, nawet w warunkach pandemii, reżim dyktatorski w małym europejskim kraju, jakim jest Białoruś z Łukaszenką na czele, po bezczelnie sfałszowanych wyborach, nawet z Putinem w sąsiedztwie okaże się niezdolnym do życia. Teoretycznie są trzy możliwości. Na Białorusi zwycięża demokracja, na czele której stoi Cichanouska. Łukaszenka pozostaje u władzy na Białorusi. Białoruś zostaje zajęta przez Putina. Niestety, to ostatnie może się zdarzyć zarówno w pierwszym, jak i drugim przypadku.

Co może stać się punktem zwrotnym w białoruskim konflikcie?

Kapitulacja Łukaszenki lub wprowadzenie rosyjskich wojsk. Ale to pierwsze może prowadzić do tego drugiego. Najmniej bolesną opcją dla Łukaszenki i najbardziej poprawną w obecnej sytuacji jest ogłoszenie nowych wyborów. Jeśli przegra, będzie musiał odejść, ale przynajmniej pozostanie przy życiu. Jeżeli ogłosi się zwycięzcą dzięki takiej metodzie jak poprzednio, wrócimy do punktu początkowego.