Bierzmy przykład z sąsiada
W niektórych sprawach, zamiast gadać, kręcić głową i czekać z założonymi rękami, najlepiej działać. I to zdecydowanie. Niewątpliwie jedną z takich kwestii są bezpieczeństwo i obronność.
Kierownik działu Świat „Gazety Polskiej Codziennie”. Dziennikarz tygodnika „Gazeta Polska” oraz portalu Niezależna.pl
Dziennikarz z wykształcenia i zamiłowania. Z zawodem związany od 2012 roku. W mediach Strefy Wolnego Słowa od 2014 roku. Autor wielu tekstów poświęconych głównie polityce wschodniej, a także z zakresu bezpieczeństwa, obronności i armii. Prywatnie pasjonat militariów oraz fan piłki nożnej.
Kontakt: [email protected]
W niektórych sprawach, zamiast gadać, kręcić głową i czekać z założonymi rękami, najlepiej działać. I to zdecydowanie. Niewątpliwie jedną z takich kwestii są bezpieczeństwo i obronność.
Na Białorusi rodzi się rocznie nawet 300 żubrów, których wielkim entuzjastą – jak donoszą reżimowe media – jest sam Alaksandr Łukaszenka. Miński satrapa najwyraźniej pozazdrościł naturze tej powtarzalności, bo z równą regularnością taśmowo ogłasza kolejne alerty i sprawdziany bojowe swojej armii.
Rząd Donalda Tuska nieraz pokazał, że jak się za coś bierze, to efekty tego działania są odwrotne od zamierzonych. Tym razem zaglądam do szkolnych stołówek, gdzie od 1 września obowiązuje tzw. dieta planetarna.
Jak zapowiadał, tak zrobił. Po ponad 130 dniach od uwolnienia z łukaszenkowskich kazamatów Andrzej Poczobut wrócił na Białoruś. Polski działacz wrzucił do sieci zdjęcia z przekroczenia granicy i z rejonu Grodna. Strażnik pamięci historycznej i zaciekły wróg reżimu w Mińsku zdecydował się na taki krok mimo konsekwencji, jakie mogą go spotkać ze strony dyktatora.
Mam ogromny szacunek do żołnierzy Wojska Polskiego, którzy każdego dnia stoją na straży naszego bezpieczeństwa. Tym bardziej rażą mnie amatorskie wpadki, takie jak ta zaserwowana ostatnio przez 18 Łomżyński Pułk Logistyczny.
1 września przyniósł powrót do szarej rzeczywistości nie tylko dla milionów dzieci, które po dwumiesięcznej labie wróciły do szkolnych ławek.
Trudno pojąć, że wciąż istnieją naiwni politycy, łudzący się, że negocjacje z Putinem przyniosą trwały pokój na Ukrainie. Kolejne tygodnie dowodzą, że na Kremlu to ostatnia rzecz, o której się myśli, co brutalnie potwierdzają też najnowsze raporty wywiadowcze.
Ogłaszanie alertów bojowych to ulubiona gra białoruskiego dyktatora Alaksandra Łukaszenki. Odpala ją, gdy tylko ma na to ochotę. Teraz mamy powtórkę. Sprawdzian objął jednostki artylerii w obwodzie mohylewskim. Na tym jednak nie koniec.
Bił w propagandowe tony jak mało kto. Przed laty groził Stanom Zjednoczonym zamianą w „radioaktywny popiół”. Tymczasem sam został przemielony i wypluty przez kremlowską machinę. Mowa o Dmitriju Kisielowie, który przez 14 lat prowadził program „Wiesti Niedzieli”, stając się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy antyzachodniej narracji.
Gdy ruszyliśmy na wakacyjne urlopy, program CPN zniknął niczym premiery z letnich ramówek telewizyjnych. Przez kolejne tygodnie ceny na stacjach szybowały w górę, drenując nasze i tak wyżyłowane portfele. Teraz, na sam koniec sierpnia, rząd Donalda Tuska zaserwował nam „paliwową kroplówkę” – powrót okrojonego programu.
Toniemy w długach na dwóch frontach: państwowym i domowym. Najnowsze dane rysują dość niepokojący obraz. Deficyt budżetu po lipcu przebił barierę 141 mld zł. Oznacza to, że tylko w ciągu miesiąca finansowa dziura urosła aż o 17 mld zł.
Dla reżimu Alaksandra Łukaszenki sytuacja społeczna jest zero-jedynkowa: albo popierasz działania mińskiego satrapy i jego klakierów, albo z marszu trafiasz na czarną listę osób i grup społecznych, które będą prześladowane i wobec których skala represji będzie sukcesywnie podkręcana. Jedną z nich są duchowni.
– ETS-2 to pułapka na polską gospodarkę, która jest mocno oparta o energię pochodzącą z węgla. Przez najbliższe kilkanaście, a wręcz kilkadziesiąt lat nic się w tej materii nie zmieni. Wprowadzenie jakiegokolwiek dodatkowego obciążenia spowoduje spadek rentowności i konkurencyjności polskiej gospodarki. Skończy się to tym, że będzie mniej zamówień, mniej pracy, w konsekwencji dużo większe bezrobocie – mówi w rozmowie z portalem Niezależna.pl Andrzej Kosztowniak, były minister finansów.
Wojenna matematyka nie pozostawia złudzeń. Nawet 1200 rannych dziennie w skali kraju i masowa ewakuacja medyczna z całej wschodniej flanki NATO – tak prezentują się prognozy na wypadek wybuchu pełnoskalowego konfliktu. Realia trwającej blisko pięć lat inwazji na Ukrainę bezpardonowo zdemaskowały założenia o tym, że wyizolowany system medycyny wojskowej sam udźwignie ten ciężar. „Doświadczenie ukraińskie pokazuje kierunek: siedmiu na dziesięciu rannych żołnierzy trafia tam do szpitali cywilnych i ta proporcja przestaje być obserwacją z cudzej wojny, a staje się parametrem planistycznym” – wskazuje w swojej analizie gen. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego (WIM) w Warszawie. Wyjścia z sytuacji są dwa: zamiana rozproszonych cywilnych szpitali w zwarty mechanizm obronny państwa albo oczekiwanie na chaos i medyczną katastrofę w momencie kryzysu.