Do sztambucha pewnym politykom
Zdaniem Anny Marii Żukowskiej należy mówić „naziści”, a nie „Niemcy” o autorach zbrodni popełnianych przez naszych sąsiadów w czasie panowania Adolfa Hitlera.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
Zdaniem Anny Marii Żukowskiej należy mówić „naziści”, a nie „Niemcy” o autorach zbrodni popełnianych przez naszych sąsiadów w czasie panowania Adolfa Hitlera.
Najnowsze doniesienia potwierdzają negatywny trend w przemyśle i na rynku pracy. Dane z ub.r. zatrważają. Zwolnienia grupowe zgłoszone wówczas do urzędów pracy objęły ponad 97,6 tys. pracowników. Eksperci wskazują, że to blisko trzykrotnie więcej niż w 2024 r. i najwięcej od czasu globalnego kryzysu w latach 2008–2009.
„Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji!” – brzmiała puenta słynnego skeczu „Latającego Cyrku” Monty Pythona. Na podobnej zasadzie „nikt się nie spodziewał”, że minister kultury okaże się panią tyleż politycznie zaradną, co cyniczną.
Kto wciąż należy do Polski 2050, ten w cyrku się nie śmieje. Tak najkrócej da się podsumować powolne konanie wyrobu partiopodobnego, który – co za zdziwienie – okazał się sezonową przybudówką Koalicji Obywatelskiej.
Sztandarowy projekt Lewicy – ustawa o neutralnych płciowo ogłoszeniach o pracę – robi furorę. Od kilku dni internet zalewany jest memami, które z „Latarnika” Bolesława Prusa zrobiły „Osobę obsługującą latarnię”, z kultowej książeczki dla dzieci „Jak Wojtek został strażakiem” – „Jak Wojtex zostałoś osobą strażacką”, a „Kubusia Puchatka” kpiarze przemianowali na „Osobę pluszową w spektrum miodowym”.
Moje pokolenie szkoły podstawowe i średnie kończyło już w III RP. W demokrację ludową wierzyliśmy więc tyle co w bajki, bo przecież od połowy lat 80. doskonale było widać, że w tym wszystkim chodzi o coś innego niż powszechna równość i sprawiedliwość społeczna.
Liberalno-lewicowe środowiska elitopodobne już zapomniały, bo tak im wygodnie, jak zatruwały życie prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.
Stało się najgorsze, stało się przepowiadane. Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia właśnie ogłosiły ogromne cięcia w systemie, które uderzą bezpośrednio w pacjentów. Jak to się ma do obietnic Koalicji Obywatelskiej? „Zniesiemy limity NFZ w lecznictwie szpitalnym, dzięki czemu znacząco skróci się czas oczekiwania na konsultacje i zabiegi” – ten jeden ze stu konkretów Koalicji Obywatelskiej zestarzał się szczególnie paskudnie.
Polska ma obowiązek uznać małżeństwo dwóch obywateli UE tej samej płci, legalnie zawarte w innym państwie członkowskim – orzekł we wtorek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. To sytuacja bez precedensu – tylnymi drzwiami wprowadzone zostaje progresywne prawo.
Doskonale pamiętam czasy apologii taniego państwa.
Początek 2026 r. nie zaczyna się najlepiej dla ostatniego koalicjanta Donalda Tuska, którego notowania nie szorują nosem o ziemię. Mowa o Nowej Lewicy, która właśnie przegrała – niemrawą – walkę o znaczne rozszerzenie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy. Lewica, gdy rządziło PiS, nieustannie pouczała prawicę w sprawach socjalnych. Teraz jej największym osiągnięciem jest polityczne pałkarstwo wymierzone w prezydenta Karola Nawrockiego. Partia szumnie zapowiadanych reform społecznych kończy jako formacja tuskowych lizusów. I zajmuje się tym, co w III RP umie najlepiej: prywatyzowaniem politycznych zysków i uspołecznianiem strat.
Zaskakujące dla wielu zastąpienie Izabeli Leszczyny Jolantą Sobierańską-Grendą na stanowisku minister zdrowia ma wyraźny polityczny kontekst. Zastąpienie postaci mocno kojarzonej z Koalicją Obywatelską „bezpartyjnym fachowcem” ściąga polityczne odium z pogrążonej w finansowym kryzysie ochrony zdrowia. Ale to nie kłopoty pacjentów, lecz Leszczyna zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bomba nie została rozbrojona. Przeciwnie – grozi nam KOnanie służby zdrowia. A władza chce umknąć sprzed celownika opinii publicznej - pisze Krzysztof Wołodźko w "Gazecie Polskiej".