Od wielu lat widać, że formacja rządząca to ludzie, którzy są w stanie sprzedać własny honor, aby utrzymać się przy władzy. Staczamy się powoli w aksjologiczną otchłań. Może to nas doprowadzić do dyktatury, uzależnienia od obcego mocarstwa albo strasznego kryzysu cywilizacyjnego, gdy nasze elitki uciekną gdzieś do swoich podatkowych rajów, a nas zostawią w tym całym bajzlu - mówi prof. Piotr Gliński, socjolog z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN oraz z Uniwersytetu w Białymstoku, w rozmowie z Dawidem Wildsteinem.

Obserwujemy ciąg afer i wpadek formacji rządzącej. Najpierw kolejne kłamstwa oraz łamanie prawa przez Donalda Tuska i jego ekipę, np. ujawnione stenogramy z umorzonego śledztwa smoleńskiego – teraz taśmy PSL. Zaskakuje Pana ta sytuacja?

Jestem przerażony stanem naszego państwa. Ale czy sobie obecnej sytuacji nie wyobrażałem? Obserwując wydarzenia polityczne od wielu lat, będąc świadkiem zupełnej przemiany ludzi z obozu władzy – niektórych zresztą kiedyś dobrze znałem, przyjaźniłem się z nimi nawet – mogę stwierdzić, że nic mnie już nie zaskakuje. Oni dawno przeszli już na drugą stronę. W sensie moralnym przede wszystkim. Cel – naga władza – uświęca rzeczywiście wszystkie środki. W ogóle żyjemy w świecie, w którym już jakiś czas temu dokonano zupełnego przewartościowania standardów funkcjonowania w polityce, sposobów jej uprawiania. To jest zresztą charakterystyczne także dla sektora gospodarczego, mediów i ogólnie współczesnych tzw. globalnych trendów kulturowych. Skrótowo – proces ten polega na zatarciu różnicy pomiędzy wartościami deklaratywnymi, uznawanymi a realizowanymi. Kiedyś zachowania nieetyczne – generalnie zło – zatrzymywały się na poziomie praktyki. Prawie nigdy na poziomie deklaracji, stosunkowo rzadko w sferze wartości uznawanych. A w każdym razie nie przyznawano się do niego. Zło pozostawało złem. Dziś jest akceptowane, stało się normą, przestano je ukrywać. W gospodarce np. prawie nikt nie ukrywa, że oszustwo jest normalną procedurą ekonomiczną, a manipulacja – techniką marketingową. To oczywiście wpływa też na inne dziedziny życia. Staczamy się powoli w aksjologiczną czarną otchłań. Jeżeli chodzi o politykę, to w dojrzałych demokracjach istnieją mechanizmy, które są w stanie jakoś kontrolować, ograniczać, wręcz blokować ową postępującą degenerację, staczanie się – trzeba to powiedzieć – moralne. U nas niestety takich mechanizmów obronnych – instytucjonalnych czy kulturowych – w zasadzie brak. Brak niezależnej opinii publicznej, brak zrównoważonych, obiektywnych mediów, silnych obywatelskich organizacji strażniczych (tzw. watch dogów) itp. Uprawia się więc tę politykę w sposób prostacki, bez żadnych zahamowań.

Mówi Pan o konsekwentnym staczaniu się. Gdzie może ono nas doprowadzić?
Może nas doprowadzić do dyktatury, uzależnienia od obcego mocarstwa albo strasznego kryzysu cywilizacyjnego, gdy nasze elitki uciekną gdzieś do swoich podatkowych rajów, a nas zostawią w tym całym bajzlu, z niewydolnym państwem, zniszczoną gospodarką, „upupionym społeczeństwem”, chińską potęgą coraz śmielej ingerującą w europejską geopolitykę i zupełnie nieprzewidywalną Rosją za progiem. Te zagrożenia nie są już wcale takie odległe. Nie chcę być złym prorokiem, ale nie możemy udawać, że nie widzimy tego, co się dzieje. Z drugiej strony nie możemy zapominać o tym, że w życiu społecznym mogą się wydarzać cuda. W sytuacjach, zdawałoby się, zupełnie bez wyjścia procesy społeczne zawracają i nagle powstaje, przykładowo, 10-milionowa Solidarność. Ten wielki ruch społeczny to idealny dowód na to, że cuda w życiu społecznym się zdarzają. Pewne procesy społeczne są bowiem nieprzewidywalne. W naszym biednym, umęczonym społeczeństwie tkwią do dziś wielkie zasoby, które mogą się uaktywnić. Zresztą widzimy już teraz tego zwiastuny – próby stworzenia miejsc, w których da się żyć przyzwoicie, różne formy niezgody na zakłamanie i brak alternatywy – takie jak wielkie marsze w obronie telewizji Trwam, w których uczestniczą przecież nie tylko jej stali widzowie, czy społeczny i intelektualny ruch klubów „Gazety Polskiej” itp. Więc żywię pewną formę pesymistycznego optymizmu.

Czy upadek naszego systemu jest tak duży, że potrzeba aż szukać odrębnych od niego przestrzeni, by żyć przyzwoicie?
Ludzie mają taką potrzebę i jest to zrozumiałe. Jeśli otwiera się skrzynkę telewizyjną i mamy tam zmasowany przekaz propagandowy, porównywalny z propagandą sukcesu Gierka, to naturalne jest, że ludzie się wycofują i budują własne środki przekazu, tworzą alternatywne środowiska. Dzięki temu można będzie też zmienić ten system. Jak już wspomniałem, nasze społeczeństwo jest umęczone. Po 50 latach zacofania w komunizmie w znacznej mierze – np. kulturowo czy edukacyjnie – straciliśmy następne 20 lat. A mogliśmy coś zmienić, mówiąc symbolicznie: zainwestować nie w stadiony, ale w szkoły, nie w cement, tylko w ludzi. Niestety to się nie stało.



Całość wywiadu w weekendowej "Gazecie Polskiej Codziennie"