"Baby driver" - piekielnie ostra jazda, niebiańsko dobre kino. RECENZJA

Pasja miesza się z lękiem, zbrodnia z humorem. Podobnych połączeń w wykwintnej filmowej miksturze, jaką jest „Baby Driver” Edgara Wrighta, znajdziemy wiele.

mat.pras.
Pasja miesza się z lękiem, zbrodnia z humorem. Podobnych połączeń w wykwintnej filmowej miksturze, jaką jest „Baby Driver” Edgara Wrighta, znajdziemy wiele. Jeśli dodamy do tego elektryzującą muzykę i Kevina Spacey’ego w obsadzie, zyskujemy przepis na kino, o którym trudno będzie zapomnieć.

Baby (znakomity Ansel Elgort, aktor znany m.in. z hitu dla nastolatków pt. „Gwiazd naszych wina”) spłaca dług względem mafijnego bossa Doca (Kevin Spacey). Chłopak bierze udział w napadach na banki jako kierowca – dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom potrafi przechytrzyć najsprawniejsze policyjne pościgi. W brawurowej jeździe pomaga mu muzyka – w jego iPodzie (a ma ich kilka – każdy na inny rodzaj nastroju) znajdziemy dosłownie wszystko: od pokrytych kurzem zapomnienia przebojów z lat 60. aż po... egipskie reggae (sic!). Muzyka to nie tylko wielka pasja Baby’ego, ale również sposób na przetrwanie – zagłuszenie szumu w uszach, który towarzyszy mu od feralnego wypadku w dzieciństwie, w którego wyniku zginęli jego rodzice. Zdaje się jednak, że przyklejone do głowy bohatera słuchawki mają go chronić przed czymś jeszcze. Tym czymś są wyrzuty sumienia. Choć sam nikogo nie krzywdzi, jako kierowca złodziejskiej szajki regularnie jest świadkiem morderstw.


(mat.pras.)

Wszystko się zmienia, gdy przypadkiem poznaje Deborę (urocza Lily James). Pukająca do drzwi miłość i wizja ostatniej raty dla bezwzględnego Doca sprawiają, że przed chłopakiem otwiera się nowy etap życia. Niestety, jak to zwykle bywa, szybko się okazuje, że kto raz wszedł w mafijne szeregi, musi pozostać w nich na zawsze – czy tego chce, czy nie.

Edgar Wright (twórca m.in. „Wysypu żywych trupów”) to reżyser, który pełnymi garściami czerpie z popkultury, doskonale bawiąc się przy tym gatunkiem. Dlatego w „Baby Driverze” znajdziemy odniesienia do co najmniej kilku innych tytułów – słynnego „Drive” Nicolasa Windinga Refna czy obsypanego Oscarami „La La Land” Demiena Chazelle’a – ten drugi zresztą mógłby śmiało podpisać się pod obrazem Wrighta – niemal każda klatka „Baby Drivera” przepełniona jest dźwiękiem. Jeśli akurat w filmie nie słychać chwilowo muzyki, akcji towarzyszy melodyjny ryk samochodowych silników lub odgłosy miasta. Na ciszę nie ma co liczyć (może poza jednym, charakterystycznym momentem...). Całość składa się na coś w rodzaju sensacyjnego musicalu.


Oprócz wszechobecnej muzyki trzymający w napięciu scenariusz dopełnia znakomita obsada – Ansel Elgort jako pełen pasji wariat rozbudza sympatię, Lily James zachwyca delikatnością, Kevin Spacey budzi respekt nie mniejszy niż Frank Underwood z „House of Cards”, a Jon Hamm i Jamie Foxx jako nieprzewidywalni mafiosi przerażają. No i finał – z happy endem, ale bez hollywoodzkiej naiwności. Uwikłany w przestępczą sieć bohater, choć po cichu mu kibicujemy, ponosi konsekwencje swoich czynów. Dopiero wtedy przychodzi oczyszczenie, a widz może odpiąć pas bezpieczeństwa – wcześniej nie radzę. „Baby Driver” bowiem to od początku do końca ostra jazda bez trzymanki, w najlepszym tych słów znaczeniu.

 

 



Źródło: niezalezna.pl,Gazeta Polska Codziennie

#baby driver #kevin spacey #edgar wright #Ansel Elgort #chazelle #la la land #drive

Magdalena Jakoniuk
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo