​Ekonomia krwi

  

Pod datą 29 sierpnia 1949 r. bezpieka zanotowała: „Dziś rano wykonaliśmy Doboszyńskiego. Dzielnie się chłop trzymał”.

„I w tej chwili w obliczu śmierci, której żąda dla mnie pan prokurator, jako wierzący katolik, podtrzymuję z całą mocą tę przysięgę, którą złożyłem już raz na tej sali... najświętszą dla mnie przysięgę na rany i mękę Chrystusa i – dodam w tej chwili – na zbawienie mojej duszy, że nie byłem nigdy na służbie niemieckiej ani amerykańskiej, ani żadnej innej”. To fragment ostatniego słowa Adama Doboszyńskiego przed krzywoprzysiężnym sądem, który skazał go na karę śmierci. 64 lata temu, 29 sierpnia 1949 r., zginął od strzału w tył głowy w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Dziś IPN szuka jego szczątków na Łączce.

Doboszyńskiego zamordowano, mimo że chciał zakończenia nierównej walki z Sowietami i ich polskimi kolaborantami. Zginął tylko dlatego, że był wrogiem reżimu okupacyjnego. Podzielił los żołnierzy II konspiracji i innych przedwojennych działaczy politycznych różnych opcji – prócz narodowców również piłsudczyków, ludowców, PPS-owców. Przez cały PRL o Doboszyńskim i innych straconych polskich patriotach nie wolno było mówić.

„Wyprawa myślenicka”
 
Syn adwokata, po zdaniu matury w 1920 r. walczył jako ochotnik w wojnie z bolszewikami. W 1925 r. na Politechnice Gdańskiej uzyskał tytuł inżyniera budownictwa. Studia w Szkole Nauk Politycznych w Paryżu przerwał ze względu na kłopoty materialne rodziny.
 
W 1931 r. Doboszyński wstąpił do Obozu Wielkiej Polski, a po jego rozwiązaniu, w 1933 r., do Stronnictwa Narodowego. Z wyróżnieniem ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie. Zarządzał też rodzinnym majątkiem w Chorowicach pod Krakowem, działając w środowisku ziemiańskim.
 
Pisał opowiadania i dramaty. W 1934 r. wydał swoją najsłynniejszą książkę pt. „Gospodarka narodowa”. Krytykował w niej, łącząc koncepcję narodową z katolicyzmem, dominację wielkiego, szczególnie „anonimowego” kapitału. Zgodnie z nauką społeczną Kościoła proponował m.in. upowszechnienie własności i zmniejszenie interwencjonizmu państwa.
 
W nocy z 22 na 23 czerwca 1936 r. przeprowadził słynną demonstrację w Myślenicach, na kilka godzin przejmując władzę w miasteczku. Jej celem było ukaranie miejscowego starosty Antoniego Basary, który miał tolerować korupcję, faworyzować żydowskich przedsiębiorców i represjonować miejscowych działaczy SN.
 
Za „wyprawę myślenicką” stanął przed sądem. Choć w pierwszej instancji został uniewinniony (ława przysięgłych uznała, że działał w stanie „wyższej konieczności”), w drugiej skazano go na trzy i pół roku więzienia (za jedno przewinienie: zagarnięcie broni z posterunku policji). W lutym 1939 r., z powodu złego stanu zdrowia, uzyskał przerwę w odbywaniu kary. W kwietniu został członkiem Komitetu Głównego SN.
 
Zdeklarowany antykomunista
 
W kampanii wrześniowej walczył ochotniczo (ze względu na ciążący na nim wyrok nie dostał przydziału). Ranny w bitwie pod Lwowem, zbiegł z niemieckiej niewoli. Przez Węgry przedostał się do polskiego wojska we Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii. Trzykrotnie odznaczany Krzyżem Walecznych i francuskim Croix de Guerre.
 
Ze SN wystąpił, protestując przeciwko polityce rządu Władysława Sikorskiego, którego krytykował za słabość, koniunkturalizm i uległość wobec Rosji. Premier zamknął go za to w obozie odosobnienia na wyspie Bute w Szkocji (tu więziono również innych przeciwników politycznych, głównie sanatorów), gdzie przebywał od kwietnia 1941 r. do stycznia 1942 r.
 
Już na wolności działał w jednoczącym środowiska prawicowe Komitecie Zagranicznego Obozu Narodowego. W lutym 1943 r. w nielegalnym piśmie „Walka”, które współtworzył, ogłosił treść ściśle tajnej noty sowieckiej do rządu polskiego, informującej, że Polacy przebywający w ZSRS są obywatelami tego kraju (Sowieci „uznali” wówczas wschodnią granicę Polski na linii sowiecko-niemieckiego traktatu rozbiorowego z 1939 r.).
 
Opublikował też list otwarty do prezydenta Władysława Raczkiewicza: „Położenie Polski stało się tak tragiczne, że nie wolno nam stracić ani minuty. Musimy przestawić naszą politykę całkowicie. Musimy zacząć mobilizować opinię całego świata w obronie Polski przeciw Sowietom. Musimy stworzyć Rząd złożony z najtęższych ludzi, którymi rozporządza Naród”. Raczkiewicza namawiał do odwołania premiera Sikorskiego i zastąpienia go cieszącym się autorytetem Kazimierzem Sosnkowskim.
 
Jako zdeklarowany antykomunista Doboszyński protestował przeciwko instalowaniu w Polsce sowieckiej władzy, m.in. Krajowej Rady Narodowej. Nie bał się, wbrew władzom Wielkiej Brytanii i rządowi RP, głosić prawdy o zbrodni katyńskiej.
 
Elita walki, elita trwania
 
Doboszyński obawiał się wybuchu powstania, które przy bierności państw zachodnich mogłoby jego zdaniem przynieść tylko stratę najlepszych synów Narodu. W listopadzie 1943 r. pisał: „W tej najcięższej chwili złóżmy raz jeszcze dowód umiejętności, cechującej tylko bardzo dojrzałe narody – dowiedźmy, że stać nas na oszczędną gospodarkę żywą substancją Narodu; obok rządu dusz pamiętajmy i o ekonomii krwi”.
 
Już po upadku Warszawy apelował o rozwiązanie „podziemia” (przy biernej postawie aliantów „powstanie przeciw Rosji zakończyłoby się klęską i wywozem wszystkich Polaków na zawsze na wschód. Finita Polonia”), ewakuowanie kadry wojskowej na Zachód („elita walki”) i pozostawienie w kraju jedynie nieczynnych działaczy politycznych („elita trwania”). Przewidywał, że okupacja sowiecka będzie bardzo uciążliwa, ale kiedyś się skończy i trzeba zachować kadry, które odbudują niepodległą ojczyznę. Aby propagować te idee i przekonać się osobiście o rozmiarach nowej okupacji, w grudniu 1946 r. wrócił do kraju.
 
Spotkania z działaczami narodowymi i katolickimi utwierdziły Doboszyńskiego w przekonaniu, że dalsza walka zbrojna nie ma sensu, a stworzenie jednego spójnego ośrodka prawicowej myśli jest wątpliwe. Napisał o tym w publikacji „W pół drogi” – jako ostatnia jego praca (nie zdążył zrobić ostatecznej redakcji tekstu), stała się swoistym testamentem politycznym. Tuż przed planowanym wyjazdem z kraju, 3 lipca 1947 r., został aresztowany w Poznaniu i przewieziony do aresztu bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, z którego już żywy nie wyszedł.
 
Głową agenta o kamienie
 
Doboszyńskiego tak męczono w śledztwie (prowadził je płk Józef Goldberg-Różański i por. Roman Laszkiewicz – z pochodzenia Białorusin, ze względu na swoje bestialstwo nazywany „białym katem Mokotowa”), że chciał jak najszybciej stanąć przed sądem, aby tam odwołać zeznania wymuszone torturami. A bezpieka zarzuciła mu, że już od 1933 r. był „agentem inspiracyjnym” III Rzeszy. Że do Stronnictwa Narodowego wstąpił z polecenia NSDAP. Potem, w czasie wojny, również jako niemiecki szpieg, atakował gen. Sikorskiego. Miał być równocześnie szpiegiem anglosaskim, którego wywiad amerykański wysłał po 1945 r. do Polski, aby stworzyć siatkę szpiegowską „zwalczającą przyjaźń i współpracę z ZSRS”.
 
Śledztwo trwało jednak dwa lata. Pokazowy proces odbywał się w czerwcu 1949 r. przed WSR w Warszawie. Jeden z jego katów – wiceszef Departamentu Śledczego MBP płk Adam Humer – zeznawał, że po początkowej „arogancji” w odmawianiu zeznań Doboszyński w końcu miał mu się zwierzyć: „Jestem szczęśliwy, że mogę po tylu latach zrzucić nareszcie ten kamień z serca, zrzucić z siebie tę zmorę, która mnie dręczyła przez szereg lat”. Ta zmora to oczywiście współpraca z Niemcami.
 
Przed sądem Doboszyński dementował: „W miarę moich rozmów z oficerami śledczymi przekonałem się, że władze śledcze mają całą koncepcję mojej współpracy. [...] Walczyłem dalej. Wtedy rozpoczęła się na mnie presja fizyczna [...] 4 doby byłem bity i męczony bez przerwy. [...] Po tych 4 dobach widząc, że wyjdę z tych męczarni w najlepszym dla mnie razie ze zdrowiem zrujnowanym tak, że nawet wyrok uniewinniający będzie dla mnie bez wartości, [...] postanowiłem przyznać się do czynów niepopełnionych. [...] Musiałem brnąć dalej i komponować, bo byłem zagrożony w każdej chwili tym, że ponownie zaczną się represje”.
 
Jadwiga Malkiewiczowa (siostra Doboszyńskiego, więziona i maltretowana na Mokotowie w ramach odpowiedzialności rodzinnej), we wspomnieniach napisała: „Widząc przed sobą mikrofony [na sali sądowej], Adam wierzył, być może, że radio transmituje w całości jego słowa”. Niestety, przekazy radiowe, podobnie jak późniejszy stenogram z procesu, też zostały spreparowane. Krzysztof Malkiewicz, krewny Doboszyńskiego: „Prasa, starannie instruowana przez płk. Różańskiego, nie szczędziła kalumnii pod adresem oskarżonego. Pamiętam sformułowanie […], że »należałoby wziąć głowę tego obcego agenta i tłuc nią o kamienie odbudowującej się Warszawy«”.
 
Z zawiązanymi oczami
 
Zeznający na procesie świadkowie (podkreślmy: katowani na Mokotowie więźniowie bezpieki), potwierdzali tezę oskarżyciela – naczelnego prokuratora wojskowego Stanisława Zara-ko-Zarakowskiego (wspieranego przez obrońcę Mieczysława Maślankę, skwapliwego wykonawcę poleceń bezpieki) – o współpracy Doboszyńskiego z Niemcami. Bojąc się dalszych tortur, mówili też o kierownikach polskiego wywiadu z przedwojennej dwójki, którzy także mieli być nie-mieckimi agentami.
 
Po prawie miesiącu procesu – 11 lipca 1949 r. – sąd w składzie przewodniczący Franciszek Szeliński, Władysław Turański i Hipolit Traczyński skazał Doboszyńskiego na karę śmierci. Krzysztof Malkiewicz pisał: „Józef Światło, defektor z kierownictwa bezpieki, wspominał w swoich wypowiedziach dla Radia Wolna Europa, że po procesie Doboszyńskiego sędziowie i prokurator otrzymali pięciokilowe paczki żywnościowe za celujące wykonanie zadania”.
 
Najwyższy Sąd Wojskowy utrzymał wyrok w mocy, a „prezydent” Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Jadwiga Malkiewiczowa: „Więźniowie na sali szpitalnej zdołali zobaczyć dwóch żołnierzy prowadzących Adama z zawiązanymi oczami. Poznali go po wzroście, charakterystycznej sylwetce i siwych włosach. [...] Adam miał wówczas 45 lat”.
 
Sowieckim strzałem w potylicę zabił go st. sierż. Piotr Śmietański. Pod datą 29 sierpnia 1949 r. bezpieka zanotowała: „Dziś rano wykonaliśmy Doboszyńskiego. Dzielnie się chłop trzymał”.
 
W mowie końcowej Adam Doboszyński powiedział: „Mogłem w życiu popełnić wiele błędów, ale zamiary moje były uczciwe i byłem człowiekiem czystych rąk”.
 
Autor jest publicystą, szefem działu Opinie „Super Expressu”, autorem książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2” i „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”
 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl