Połowa Polski nie jest antyszczepionkowcami

Dramatem polskiej walki z pandemią jest jej upolitycznienie, i to wedle schematu totalnej opozycji. W sytuacji realnego zagrożenia życia wielu tysięcy ludzi okazało się, iż najważniejsza jest walka nie z nieznanym patogenem, lecz z rządem – najgorsze, że uznała tak również spora część środowiska medycznego.

To spowodowało, że tak znaczny odsetek Polaków zrezygnował ze szczepień – jedni ocenili, że zagrożenie jest niewielkie, bo to kolejna polityczna bijatyka, a nie naprawdę groźna choroba, inni, bardziej zagubieni i niepewni, nie otrzymali spokojnej, rzeczowej informacji, tylko histerię i obelgi. Wszyscy oni zostali rzuceni na żer antyszczepionkowej propagandy.

Tusk palący znicze pamięci za ofiary epidemii to symbol niewiarygodnej hipokryzji. I choć akurat ten polityk przyzwyczaił do przekraczania kolejnych granic zakłamania i obłudy, to jednak najnowsza akcja mimo wszystko robi wrażenie. Jeszcze kilka tygodni temu, na etapie wzrostu zachorowań podczas kolejnej fali koronawirusa, wyprowadzał ludzi na ulicę, gromadził ich na wąskim placu warszawskiej Starówki, by robili lepsze wrażenie w kadrach TVN-u, a dziś ubolewa, iż część z nich zapłaciła życiem za ten partyjny event lub zaraziła swoich bliskich i w ten sposób powiększyła liczbę covidowych ofiar. Przypomnijmy również powody, z jakich lider PO zwoływał ludzi – jednym z nich była śmierć mamy i jej nienarodzonego dziecka w szpitalu w Pszczynie. Przez totalną opozycję pokazywani jako pokłosie wyroku TK, a w rzeczywistości ofiary zaniedbań medyków w szpitalu zarządzanym przez działaczy partii Tuska. Platforma zatem poucza rządzących, jak radzić sobie z nieznaną chorobą zakaźną, a jej członkowie zarządzający pszczyńskim szpitalem nie byli w stanie tak go zorganizować, by zabezpieczyć standardową pomoc dla ciężarnej ze stanem zapalnym. Wciągnięcie spraw pandemii na płaszczyznę zajadłej walki politycznej, wysyłanie ludziom sprzecznych sygnałów –  straszenie, że będą umierać na ulicy, a za chwilę wyciąganie ich na te ulice, by protestowali – sprawiło, że część społeczeństwa zaczęła lekceważyć zagrożenie. Stało się ono dla nich wyolbrzymione na potrzeby politycznej hucpy, a nie realne.   

Swoje 5 groszy w tym procesie dołożyła grupa rozhisteryzowanych lekarzy, niemalże niewychodzących ze studiów mediów wspierających opozycję. Katastroficzne wizje kreślone przez większość z nich – nie wiadomo zresztą, na jakiej podstawie, bo prognozy światowych instytucji modelujących rozwój pandemii w poszczególnych krajach wyglądały zupełnie inaczej – czas weryfikował negatywnie. A Polacy negatywnie weryfikowali ich wiarygodność i w naturalny sposób uznawali, że covid nie jest aż tak straszny, jak go przedstawiają, zatem po co się szczepić? Tym bardziej że ich szaleńcze proroctwa bardzo często współgrały ze strategią totalnej opozycji. Ludzie wychwytywali to w lot i traktowali jako fałsz, a nie przestrogę medyka.

Jest jeszcze jeden istotny element – poza samą propagandą antyszczepionkową, którą w tym komentarzu celowo pomijam, bo uważam ją w zdecydowanej mierze za zjawisko zewnętrzne, wymierzone precyzyjnie w interes RP, ale dzięki opisanym tu czynnikom mające spotęgowaną skuteczność – a mianowicie nieudolność komunikacji władzy z obywatelami. Uczynienie twarzą tego arcyistotnego procesu rzecznika Ministerstwa Zdrowia – bez względu na to, czy zrobiono to świadomie, czy tak wyszło przez przypadek, czy też rzecznik sam się wyznaczył do tej roli – było kardynalnym błędem. Człowiek bez autorytetu, bez kompetencji komunikacyjnych nigdy nie powinien pełnić takiej roli. Z tygodnia na tydzień jego codzienne występy przypominały niskich lotów kabaret. Bufonada, połajanki, groźby, prymitywne mędrkowanie pomieszane z tępą propagandą sprawiły, że tych konferencji prasowych nikt nie traktował poważnie. Rzecznik stał się symbolem irytującego napominania starej zdziwaczałej ciotki, a nie przekazu wiarygodnych informacji. W ten sposób naprawdę nie można rozmawiać z ludźmi, bo jedynym efektem takiego rodzaju komunikacji będzie odstręczenie słuchaczy. Ludzie oczekiwali przekonujących komunikatów, spokojnego wyjaśnienia wątpliwości, uszanowania ich niepewności, zagubienia, a nie wychowywania prowadzonego przez pana no-name’a.

Trudno zrozumieć, dlaczego właśnie taki wizerunek nadano przekazowi informacyjnemu. Nie ma dla tego błędu żadnego usprawiedliwienia. Tym bardziej że sam system szczepień przygotowany był bardzo dobrze i szybko. Procedura rejestracji była łatwa i przyjazna użytkownikowi. Sam proces bardzo sprawny, prawdopodobnie w światowym topie. Ale komunikacja fatalna. A przecież w Polsce nie brakuje lekarzy z ogromnym autorytetem, którzy poza wiedzą medyczną potrafią również rozmawiać z ludźmi, skutecznie i z szacunkiem tłumaczyć, dlaczego szczepienia są ważne, rozwiewać ich wątpliwości. Jeszcze nie jest za późno na zmianę. Minister zdrowia powinien darować opinii publicznej seanse rozbuchanego ego swojego rzecznika i zrobić miejsce na głos ludzi, których ktokolwiek będzie chciał słuchać i traktować poważnie. Dajmy w sprawie szczepień i epidemii mówić osobom, które się na tym znają, a przede wszystkim potrafią komunikować się z innymi z wrażliwością i szacunkiem. Jest profesor Piotr Kuna w Łodzi, jest prof. Grzegorz Gielerak w Warszawie, jest zapewne wielu innych, którzy mają szansę dotrzeć do ciągle wahających się czy mających różne obawy Polaków. Niech w końcu w tej sprawie cep zostanie zastąpiony przez rozum. 
 

 


Źródło:

Katarzyna Gójska
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo