Moment konstytucyjny
Pomijanym w dyskusjach elementem z niedawnego wywiadu z Karolem Nawrockim było stwierdzenie, że mamy w Polsce do czynienia z „momentem konstytucyjnym”. To doniosłe słowa.
Pomijanym w dyskusjach elementem z niedawnego wywiadu z Karolem Nawrockim było stwierdzenie, że mamy w Polsce do czynienia z „momentem konstytucyjnym”. To doniosłe słowa.
Część Czytelników „GPC” zapewne ma obawy, że przegrana Viktora Orbána to początek jakiejś liberalnej rekonkwisty.
Szesnaście lat temu pod Smoleńskiem zginął tragicznie polski prezydent wraz z małżonką i 94 innymi osobami – wieloma kluczowymi dla polskiego życia publicznego. Nadal nie znamy całej prawdy.
„Kryzys” to z języka greckiego „rozdroże”. Nie tyle wyrok, ile dylemat. Przed takim właśnie dylematem stoi dziś NATO. Z jednej strony, nie ukrywajmy, mamy bardzo ryzykowne i niepopularne w Europie działania administracji Donalda Trumpa na Bliskim Wschodzie, z drugiej rosnące ambicje polityczne Berlina.
W przechwałkach Donalda Tuska, że załatwił offset na 96 Apache’ów, niby nie ma nic niezwykłego. To kolejne przypisywanie sobie zasług poprzedników. A jednak jest w tym wszystkim element porażki. Jak w powiedzonku La Rochefoucaulda: „hipokryzja to hołd, który występek składa cnocie”. Kłamstwo bywa zaś wyrazem bardziej bezsilności niż przebiegłości.
Prof. Przemysław Czarnek będzie premierem. Nie mam wątpliwości. Prezes Jarosław Kaczyński stosuje w polityce dokładnie to, co mistrz aikido na macie – pracuje siłą przeciwnika. Oto schemat.
Wszyscy członkowie koalicji rządowej są dziś zakładnikami niezwykle przebiegłego i zdolnego do naprawdę wielu rzeczy osobnika, jakim jest Włodzimierz Czarzasty. Niestety, nie da się postkomunistyczno-oligarchicznego elektoratu przejąć bezkarnie.
Czy w poprzednim resecie, czyli zbliżeniu z Rosją w latach 2008–2015, chodziło o jakąś głębszą sympatię do polityki Moskwy i Władimira Putina? Bynajmniej. Celem było raczej przypodobanie się Berlinowi, który był głównym beneficjentem taniego rosyjskiego gazu oraz ropy i ogólnie bliskich relacji z rosyjskim reżimem.
Pentagon opublikował niedawno Narodową Strategię Obrony, która określa globalne zagrożenia. Dokument rezygnuje z prób przyciągnięcia Moskwy, przedstawia za to doktrynę „symultanicznego uderzenia” we wrogów Zachodu – przypuszczalnie Chiny, Rosję i Iran.
W ostatnich tygodniach widziałem już wszystko. Członków dalszej rodziny tłumaczących mi podniesionym głosem, że USA to kraj bandyta. Poważnych intelektualistów pytających o impeachment Donalda Trumpa i porównujących go do zbrodniarza Adolfa Hitlera.
Donald Trump doprowadził do zmiany władzy w Wenezueli i prawdopodobnie planuje uderzenie lotnicze na Iran.
Czy odejście od lewackiego i autorytarnego zarazem „chavizmu” w Wenezueli będzie przypominało bardziej przemianę ustrojową w Polsce czy obalenie Muammara Kadafiego w Libii? Chaos czy rozwój? Wiele osób pewnie zadaje sobie to pytanie.
Sitwa powstała z uwłaszczonej komunistycznej nomenklatury i służb miała być zjawiskiem przejściowym, a okazała się w III RP niezwykle trwała. Nic nie pokazuje tego tak dobitnie, jak wściekły atak na prof. Sławomira Cenkiewicza.
Kiedy studenci pytają mnie o plan Steve’a Witkoffa, odpowiadam, że wynika z niego, iż Polska musi się przygotować na możliwość konfrontacji z Federacją Rosyjską za dwa lata.
Alternatywa dla Niemiec rośnie w siłę, staje się poważnym graczem i zaczyna być coraz bardziej asertywna wobec sąsiadów.
Profesor Sławomir Cenckiewicz słusznie zauważył, że reset z Rosją w przypadku Donalda Tuska wynikał nie tyle z szaleńczej miłości do Moskwy, ile ze służalczej postawy wobec Berlina. Dziś sprawa Wołodymyra Ż. ponownie skłania do refleksji i pytania, czy i na ile Niemcy mają wpływy w polskim aparacie państwowym.
Sekretarz obrony USA w swoim historycznym przemówieniu w bazie Quantico nie mówił o izolacjonizmie ani wycofaniu się z sojuszy. Przeciwnie – podkreślał, że USA potrzebują silnych partnerów, by stawić czoła Chinom.
Podczas przemowy na forum ONZ prezydent Donald Trump zaprzeczył, jakoby był izolacjonistą i przyjacielem Rosji, o co wiele mediów go oskarżało. Jego słowa są wręcz manifestem czegoś, co można by określić mianem alt–Zachodu – cywilizacyjno międzynarodowej formacji, która odchodzi od dotychczasowego ładu liberalnego, równocześnie wcale nie popadając w chaos wojny wszystkich ze wszystkimi.
Karol Nawrocki użył niedawno w trakcie udzielanego wywiadu sformułowania, które – choć wypowiedziane niejako mimochodem – ma wagę znacznie większą, niż mogłoby się wydawać w natłoku bieżących komentarzy politycznych. Prezydent stwierdził, że Polska przeżywa właśnie „moment konstytucyjny”. To słowa, które powinny przykuć uwagę każdego, kto poważnie traktuje myślenie o przyszłości Rzeczypospolitej. Nie chodzi bowiem o kolejną polityczną deklarację czy medialny szum wokół personalnych sporów. Chodzi o coś głębszego – o pytanie, kto i w jaki sposób ukształtuje fundament naszego państwa na nadchodzące dekady.