Aikido prezesa
Prof. Przemysław Czarnek będzie premierem. Nie mam wątpliwości. Prezes Jarosław Kaczyński stosuje w polityce dokładnie to, co mistrz aikido na macie – pracuje siłą przeciwnika. Oto schemat.
Prof. Przemysław Czarnek będzie premierem. Nie mam wątpliwości. Prezes Jarosław Kaczyński stosuje w polityce dokładnie to, co mistrz aikido na macie – pracuje siłą przeciwnika. Oto schemat.
Wszyscy członkowie koalicji rządowej są dziś zakładnikami niezwykle przebiegłego i zdolnego do naprawdę wielu rzeczy osobnika, jakim jest Włodzimierz Czarzasty. Niestety, nie da się postkomunistyczno-oligarchicznego elektoratu przejąć bezkarnie.
Czy w poprzednim resecie, czyli zbliżeniu z Rosją w latach 2008–2015, chodziło o jakąś głębszą sympatię do polityki Moskwy i Władimira Putina? Bynajmniej. Celem było raczej przypodobanie się Berlinowi, który był głównym beneficjentem taniego rosyjskiego gazu oraz ropy i ogólnie bliskich relacji z rosyjskim reżimem.
Pentagon opublikował niedawno Narodową Strategię Obrony, która określa globalne zagrożenia. Dokument rezygnuje z prób przyciągnięcia Moskwy, przedstawia za to doktrynę „symultanicznego uderzenia” we wrogów Zachodu – przypuszczalnie Chiny, Rosję i Iran.
W ostatnich tygodniach widziałem już wszystko. Członków dalszej rodziny tłumaczących mi podniesionym głosem, że USA to kraj bandyta. Poważnych intelektualistów pytających o impeachment Donalda Trumpa i porównujących go do zbrodniarza Adolfa Hitlera.
Donald Trump doprowadził do zmiany władzy w Wenezueli i prawdopodobnie planuje uderzenie lotnicze na Iran.
Czy odejście od lewackiego i autorytarnego zarazem „chavizmu” w Wenezueli będzie przypominało bardziej przemianę ustrojową w Polsce czy obalenie Muammara Kadafiego w Libii? Chaos czy rozwój? Wiele osób pewnie zadaje sobie to pytanie.
Sitwa powstała z uwłaszczonej komunistycznej nomenklatury i służb miała być zjawiskiem przejściowym, a okazała się w III RP niezwykle trwała. Nic nie pokazuje tego tak dobitnie, jak wściekły atak na prof. Sławomira Cenkiewicza.
Kiedy studenci pytają mnie o plan Steve’a Witkoffa, odpowiadam, że wynika z niego, iż Polska musi się przygotować na możliwość konfrontacji z Federacją Rosyjską za dwa lata.
Alternatywa dla Niemiec rośnie w siłę, staje się poważnym graczem i zaczyna być coraz bardziej asertywna wobec sąsiadów.
Profesor Sławomir Cenckiewicz słusznie zauważył, że reset z Rosją w przypadku Donalda Tuska wynikał nie tyle z szaleńczej miłości do Moskwy, ile ze służalczej postawy wobec Berlina. Dziś sprawa Wołodymyra Ż. ponownie skłania do refleksji i pytania, czy i na ile Niemcy mają wpływy w polskim aparacie państwowym.
Sekretarz obrony USA w swoim historycznym przemówieniu w bazie Quantico nie mówił o izolacjonizmie ani wycofaniu się z sojuszy. Przeciwnie – podkreślał, że USA potrzebują silnych partnerów, by stawić czoła Chinom.
Podczas przemowy na forum ONZ prezydent Donald Trump zaprzeczył, jakoby był izolacjonistą i przyjacielem Rosji, o co wiele mediów go oskarżało. Jego słowa są wręcz manifestem czegoś, co można by określić mianem alt–Zachodu – cywilizacyjno międzynarodowej formacji, która odchodzi od dotychczasowego ładu liberalnego, równocześnie wcale nie popadając w chaos wojny wszystkich ze wszystkimi.
„Homo novus”, czyli „człowiek nowy”, to dawne rzymskie określenie tych, którzy jako pierwsi w rodzie osiągnęli wysoki urząd. Często byli to ludzie, którzy zmęczonej republice pozwalali na odnowę obyczajów politycznych lub odtworzenie kultury.
Friedrich Merz to polityk zarazem ciekawy i potencjalnie niebezpieczny. Prowadzi stabilną, z pozoru przewidywalną politykę zagraniczną, jednak równocześnie przygotowuje grunt pod rewizję ładu globalnego, tak by Niemcy na niej skorzystały – nawet kosztem sąsiadów. Spośród swoich poprzedników na fotelu kanclerza najbardziej przypomina mi Gustava Stresemanna.
To dobrze, że pewne sprawy udaje się naszym politykom odłożyć na bok wobec zagrożenia zewnętrznego. Źle by jednak było, gdyby pojednawcze gesty zastąpiły realne działania. Siłą rzeczy z poziomu przygotowania do kolejnych rosyjsko-białoruskich ataków lub prowokacji bardziej od prezydenta i opozycji będzie rozliczany rząd.
W czasie, kiedy prezydent Karol Nawrocki przebywał z oficjalną wizytą w Waszyngtonie, prezydent Władimir Putin przyglądał się paradzie wojskowej w Pekinie, krótko zresztą po tym, jak przyjęto go z honorami na szczycie Grupy Szanghajskiej w Tianjin.
Wydaje się, że wojna na Ukrainie powinna wybudzić Europę z posthistorycznej drzemki. Tymczasem wdrażanie szumnie ogłaszanych programów zbrojeniowych idzie opornie, Zielony Ład nie został zreformowany, a przesunięcia wojsk następują w ślimaczym tempie.
Prezydent Karol Nawrocki spektakularnie odblokował relacje transatlantyckie, ale kwestia reparacji wojennych od Niemiec – jak wiele wskazuje – będzie musiała poczekać, aż rząd Donalda Tuska odejdzie na dobre. Niemieccy dyplomaci mówią nieoficjalnie, że gdyby to PiS wygrało ostatnie wybory parlamentarne, wypłaty już by się rozpoczęły – tak wynika z rozmów, które przeprowadziłem. Jeszcze przed wizytą prezydenta Nawrockiego w Waszyngtonie Radosław Sikorski publicznie sugerował, że „będzie dobrze”, jeśli tylko nie dojdzie do zmniejszenia amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce. Tymczasem Nawrocki osiągnął znacznie więcej: prezydent Donald Trump zapowiedział zwiększenie obecności sił USA w naszym kraju. W mniej więcej tym samym czasie Sikorski orzekł również, że „sprawa reparacji jest beznadziejna”. Być może tak jest dla rządu, lecz nie musi tak być w praktyce.