Nasza republika nie miała bowiem zbyt wielu momentów, gdy decydowała o swoim ustroju, bez narzucania go z zewnątrz. Naliczam cztery: koniec dynastii Jagiellonów, reformy XVIII w., odzyskanie niepodległości i przemianę ustrojową 1989–1997. Teraz znów działamy pod presją czasu i potrzebujemy przywództwa, które jednoczy, a nie dzieli. Donald Tusk ma inny pomysł – część społeczeństwa chce w nowym ładzie pominąć i rządzić nie na zasadzie konsensusu, tylko aktów dokonanych. Tak odczytuję groźby pod adresem prezydenckich urzędników i pomijanie Nawrockiego podczas wizyty Emmanuela Macrona. Ani Tusk, ani Macron nie są popularni. Nasze partie opozycyjne nie mają jednak wizji przyszłości kraju, którą mogłyby przeciwstawić miękkiej dyktaturze premiera. Dlatego w naszym momencie konstytucyjnym my, którzy poparliśmy Karola Nawrockiego, musimy walczyć jak nigdy przedtem, aby w następnych wyborach nie odebrano nam głosu.
Moment konstytucyjny
Pomijanym w dyskusjach elementem z niedawnego wywiadu z Karolem Nawrockim było stwierdzenie, że mamy w Polsce do czynienia z „momentem konstytucyjnym”. To doniosłe słowa.