Polska republika – rozumiana jako wspólnota polityczna, nie tylko nazwa formy rządu – miała w swojej historii zadziwiająco mało momentów, w których sama, bez zewnętrznego przymusu, decydowała o własnym ustroju. Politolodzy i historycy prawa definiują „moment konstytucyjny” jako okres, w którym wspólnota polityczna na nowo określa własną tożsamość, tworzy nowe ramy prawne i odpowiada na wyzwania czasu w sposób suwerenny i zamierzony. W polskiej historii takich momentów naliczam zaledwie cztery.
Sami o sobie
Pierwszy to schyłek dynastii Jagiellonów w XVI w., gdy polska szlachta – po raz pierwszy w Europie na taką skalę – wywalczyła wolną elekcję, artykuły henrykowskie i pacta conventa, tworząc system ustrojowy, który był wówczas bez precedensu na kontynencie. Drugi to wielki wysiłek reformatorski XVIII stulecia zwieńczony Konstytucją 3 maja 1791 r. – dokumentem, który po dziś dzień pozostaje przedmiotem dumy i zarazem gorzką lekcją o tym, jak szybko można stracić wszystko, gdy wokół czyhają potężni sąsiedzi. Trzeci to odbudowa państwowości po 1918 r. w warunkach kształtujących się granic, wewnętrznych napięć i zewnętrznych zagrożeń. Czwarty wreszcie – to przemiana ustrojowa lat 1989–1997, zakończona uchwaleniem obowiązującej do dziś konstytucji, która powstawała w atmosferze politycznego kompromisu, ale też pośpiechu i niezakończonych debat.
Każdy z tych momentów łączy jedno: Polacy działali w sytuacji kryzysowej, pod presją czasu, w warunkach niepewności, nierzadko zagrożenia, i musieli dokonywać wyborów, których konsekwencje rozciągały się na pokolenia. I za każdym razem o sukcesie lub porażce decydowało nie tylko prawo pisane, lecz przede wszystkim jakość przywództwa politycznego i zdolność do budowania szerokiego konsensusu społecznego.
Konstytucja jako projekt, nie oręż
Karol Nawrocki, deklarując wolę nowej konstytucji już od pierwszego orędzia w sierpniu 2025 r., wskazał termin – rok 2030. To ambitny, ale i realistyczny horyzont, jeśli rzeczywiście zdecydujemy się potraktować tę sprawę poważnie. Prezydent podkreślał, że nowy akt zasadniczy ma „wyeliminować wady” obecnej konstytucji, które stały się widoczne z perspektywy kilku kadencji i kilku prezydentów. To uczciwe postawienie sprawy. Konstytucja z 1997 r. ma swoje zasługi – stabilizowała system w trudnym okresie tuż po transformacji ustrojowej – ale ma też poważne słabości: jest nadmiernie szczegółowa tam, gdzie powinna być ogólna, i zbyt ogólna tam, gdzie wymaga precyzji. Spory o Trybunał Konstytucyjny, nominacje sędziowskie czy prerogatywy prezydenta ujawniły, że dokument ten pozostawia zbyt wiele pola do interpretacyjnych manewrów, które stają się orężem w rękach polityków, zamiast służyć obywatelom. Prawdziwy moment konstytucyjny nie jest jednak projektem jednej partii ani jednego obozu. Historia nas uczy, że trwałe konstytucje powstają w wyniku szerokiego konsensusu – lub przynajmniej poważnej próby jego osiągnięcia.
Dwie wizje ładu, jedna Polska
Premier Donald Tusk reprezentuje inne podejście do chwili, w której się znaleźliśmy. Choć też na swój sposób rozumie przełomowość historycznego momentu. Poprzedni ład się przeżył już dawno, dwugłowa egzekutywa nie zawsze zdaje egzamin w sytuacjach kryzysowych. Jego wizja – jak można ją odczytać z działań, nie tylko słów – zakłada, że nowy ład można zbudować bez pełnego konsensusu. Prawica i jej wyborcy mają być z nowego ładu wykluczeni – zgodnie z maksymą fetowanego ostatnio Andrzeja Seweryna: „przyp***ć Kaczyńskim i innym faszystom”. Pomijanie prezydenta podczas oficjalnej wizyty Emmanuela Macrona, groźby pod adresem urzędników Kancelarii Prezydenta, systematyczne kwestionowanie prerogatyw głowy państwa – wszystko to składa się na obraz polityki, która zamiast budować wspólnotę, wyklucza i marginalizuje.
To niebezpieczna droga. Historyczny precedens uczy, że konstytucje pisane przez jedną stronę sporu politycznego, bez udziału znaczącej części społeczeństwa, nie przeżywają próby czasu. Konstytucyjny moment w założeniu powinien otwierać gorące debaty ideologiczne w przełomowych momentach, aby ostatecznie osiągnąć punkt nowej równowagi, nowej stabilności, w której dane społeczeństwo zdoła dostosować się do rzeczywistości i jednocześnie stworzyć nowe ramy prawne. Jeśli ten proces zawiedzie, polaryzacja osiągnie punkt krytyczny, a przecież zgodnie ze słowami Abrahama Lincolna „dom podzielony nie może się ostać”. Wtedy ostatecznie kres sporom kładzie wojna domowa lub, o zgrozo, wojna zewnętrzna, która – jak to często w historii Polski bywa – karmi się polaryzacją.
Przywództwo, które jednoczy
W naszym obecnym momencie konstytucyjnym kluczowym pytaniem jest właśnie takie: czy znajdziemy przywództwo zdolne do jednoczenia, a nie tylko mobilizowania własnego obozu? Karol Nawrocki mówi o konieczności debaty, o Radzie Konstytucyjnej, o szerokim udziale różnych środowisk. To właściwy kierunek. Pytanie, czy za słowami pójdą czyny i czy druga strona sceny politycznej w ogóle zechce do takiej rozmowy usiąść. Tu dochodzimy do paradoksu polskiej opozycji. Partie, które popierały Nawrockiego lub stoją w opozycji do rządu Tuska, mają realną siłę wyborczą – co potwierdziły wybory prezydenckie. Nie mają jednak czegoś równie ważnego: spójnej, pozytywnej wizji przyszłości kraju. Wiemy, czemu jesteśmy przeciwni. Ale brakuje nam opowieści o tym, czym ma być Polska za lat dwadzieścia i jaką obrać strategiczną orientację geoekonomiczną.
Tymczasem Tusk, choć jego popularność jest ograniczona, dysponuje czymś bezcennym w polityce: inicjatywą. Kto narzuca agendę, ten wygrywa, nawet jeśli przegrywa w sondażach. Historia Europy Zachodniej pokazuje, że projekty integracyjne, reformy instytucjonalne i zmiany ustrojowe dokonywały się nierzadko wbrew chwilowym nastrojom społecznym, ale przy pełnym zaangażowaniu elit politycznych i medialnych. Działania Donalda Tuska wskazują na kilka wyraźnych celów politycznych. Po pierwsze, dąży on do trwałego osłabienia opozycji. Po drugie, forsuje włączenie Polski do strefy euro mimo braku szerokiego konsensusu społecznego w tej sprawie. Po trzecie, podejmuje działania, które mają utrwalić dominację jego formacji politycznej poprzez zupełnie bezkrytyczne wpisanie się w wizję reform Unii Europejskiej kształtowaną w Berlinie i Brukseli.
Kolejne wybory parlamentarne w 2027 r. będą testem, czy w Polsce możliwa jest polityczna zmiana drogi bez odcięcia znaczącej części obywateli od wpływu na kształt państwa. Moment konstytucyjny to nie przywilej ani nie zagrożenie. To przede wszystkim zobowiązanie. Zobowiązanie do myślenia poważnie o państwie, nie tylko o następnych wyborach. Polacy przeżywali już chwile, gdy musieli odpowiedzieć na podobne wyzwanie. Czasem odpowiadali świetnie – jak w przypadku Konstytucji 3 maja. Czasem tragicznie – jak w momencie targowicy. Dziś znów stoimy przed wyborem. I tak jak wówczas, wszystko zależy od tego, czy elity polityczne zdobędą się na mądrość szerszą niż interes własnego obozu.
🚨Ofensywa prof. Czarnka, Prof. Cenckiewicz
— GP Codziennie (@GPCodziennie) April 24, 2026
dołączył do jego zespołu❗️
Sprawdź najnowsze wydanie #GPcodziennie!
Zamów elektroniczną wersję gazety na stronie👉
https://t.co/NGuZyAXV2W pic.twitter.com/2ya2Qv0KWn