Nie ma na Węgrzech tego złego
Część Czytelników „GPC” zapewne ma obawy, że przegrana Viktora Orbána to początek jakiejś liberalnej rekonkwisty.
Część Czytelników „GPC” zapewne ma obawy, że przegrana Viktora Orbána to początek jakiejś liberalnej rekonkwisty.
Szesnaście lat temu pod Smoleńskiem zginął tragicznie polski prezydent wraz z małżonką i 94 innymi osobami – wieloma kluczowymi dla polskiego życia publicznego. Nadal nie znamy całej prawdy.
„Kryzys” to z języka greckiego „rozdroże”. Nie tyle wyrok, ile dylemat. Przed takim właśnie dylematem stoi dziś NATO. Z jednej strony, nie ukrywajmy, mamy bardzo ryzykowne i niepopularne w Europie działania administracji Donalda Trumpa na Bliskim Wschodzie, z drugiej rosnące ambicje polityczne Berlina.
W przechwałkach Donalda Tuska, że załatwił offset na 96 Apache’ów, niby nie ma nic niezwykłego. To kolejne przypisywanie sobie zasług poprzedników. A jednak jest w tym wszystkim element porażki. Jak w powiedzonku La Rochefoucaulda: „hipokryzja to hołd, który występek składa cnocie”. Kłamstwo bywa zaś wyrazem bardziej bezsilności niż przebiegłości.
Prof. Przemysław Czarnek będzie premierem. Nie mam wątpliwości. Prezes Jarosław Kaczyński stosuje w polityce dokładnie to, co mistrz aikido na macie – pracuje siłą przeciwnika. Oto schemat.
Wszyscy członkowie koalicji rządowej są dziś zakładnikami niezwykle przebiegłego i zdolnego do naprawdę wielu rzeczy osobnika, jakim jest Włodzimierz Czarzasty. Niestety, nie da się postkomunistyczno-oligarchicznego elektoratu przejąć bezkarnie.
Czy w poprzednim resecie, czyli zbliżeniu z Rosją w latach 2008–2015, chodziło o jakąś głębszą sympatię do polityki Moskwy i Władimira Putina? Bynajmniej. Celem było raczej przypodobanie się Berlinowi, który był głównym beneficjentem taniego rosyjskiego gazu oraz ropy i ogólnie bliskich relacji z rosyjskim reżimem.
Pentagon opublikował niedawno Narodową Strategię Obrony, która określa globalne zagrożenia. Dokument rezygnuje z prób przyciągnięcia Moskwy, przedstawia za to doktrynę „symultanicznego uderzenia” we wrogów Zachodu – przypuszczalnie Chiny, Rosję i Iran.
W ostatnich tygodniach widziałem już wszystko. Członków dalszej rodziny tłumaczących mi podniesionym głosem, że USA to kraj bandyta. Poważnych intelektualistów pytających o impeachment Donalda Trumpa i porównujących go do zbrodniarza Adolfa Hitlera.
Donald Trump doprowadził do zmiany władzy w Wenezueli i prawdopodobnie planuje uderzenie lotnicze na Iran.
Czy odejście od lewackiego i autorytarnego zarazem „chavizmu” w Wenezueli będzie przypominało bardziej przemianę ustrojową w Polsce czy obalenie Muammara Kadafiego w Libii? Chaos czy rozwój? Wiele osób pewnie zadaje sobie to pytanie.
Sitwa powstała z uwłaszczonej komunistycznej nomenklatury i służb miała być zjawiskiem przejściowym, a okazała się w III RP niezwykle trwała. Nic nie pokazuje tego tak dobitnie, jak wściekły atak na prof. Sławomira Cenkiewicza.
Kiedy studenci pytają mnie o plan Steve’a Witkoffa, odpowiadam, że wynika z niego, iż Polska musi się przygotować na możliwość konfrontacji z Federacją Rosyjską za dwa lata.
Alternatywa dla Niemiec rośnie w siłę, staje się poważnym graczem i zaczyna być coraz bardziej asertywna wobec sąsiadów.
Profesor Sławomir Cenckiewicz słusznie zauważył, że reset z Rosją w przypadku Donalda Tuska wynikał nie tyle z szaleńczej miłości do Moskwy, ile ze służalczej postawy wobec Berlina. Dziś sprawa Wołodymyra Ż. ponownie skłania do refleksji i pytania, czy i na ile Niemcy mają wpływy w polskim aparacie państwowym.
Sekretarz obrony USA w swoim historycznym przemówieniu w bazie Quantico nie mówił o izolacjonizmie ani wycofaniu się z sojuszy. Przeciwnie – podkreślał, że USA potrzebują silnych partnerów, by stawić czoła Chinom.
Podczas przemowy na forum ONZ prezydent Donald Trump zaprzeczył, jakoby był izolacjonistą i przyjacielem Rosji, o co wiele mediów go oskarżało. Jego słowa są wręcz manifestem czegoś, co można by określić mianem alt–Zachodu – cywilizacyjno międzynarodowej formacji, która odchodzi od dotychczasowego ładu liberalnego, równocześnie wcale nie popadając w chaos wojny wszystkich ze wszystkimi.
„Homo novus”, czyli „człowiek nowy”, to dawne rzymskie określenie tych, którzy jako pierwsi w rodzie osiągnęli wysoki urząd. Często byli to ludzie, którzy zmęczonej republice pozwalali na odnowę obyczajów politycznych lub odtworzenie kultury.
Friedrich Merz to polityk zarazem ciekawy i potencjalnie niebezpieczny. Prowadzi stabilną, z pozoru przewidywalną politykę zagraniczną, jednak równocześnie przygotowuje grunt pod rewizję ładu globalnego, tak by Niemcy na niej skorzystały – nawet kosztem sąsiadów. Spośród swoich poprzedników na fotelu kanclerza najbardziej przypomina mi Gustava Stresemanna.
To dobrze, że pewne sprawy udaje się naszym politykom odłożyć na bok wobec zagrożenia zewnętrznego. Źle by jednak było, gdyby pojednawcze gesty zastąpiły realne działania. Siłą rzeczy z poziomu przygotowania do kolejnych rosyjsko-białoruskich ataków lub prowokacji bardziej od prezydenta i opozycji będzie rozliczany rząd.