Bojowa paranoja
Na Białorusi pewne są trzy rzeczy. Po pierwsze pałac w Mińsku nadal jest w rękach uzurpatora władzy prezydenckiej, czyli Alaksandra Łukaszenki, który we wtorek zainaugurował swoją siódmą kadencję.
Kierownik działu Świat „Gazety Polskiej Codziennie”. Dziennikarz tygodnika „Gazeta Polska” oraz portalu Niezależna.pl
Dziennikarz z wykształcenia i zamiłowania. Z zawodem związany od 2012 roku. W mediach Strefy Wolnego Słowa od 2014 roku. Autor wielu tekstów poświęconych głównie polityce wschodniej, a także z zakresu bezpieczeństwa, obronności i armii. Prywatnie pasjonat militariów oraz fan piłki nożnej.
Kontakt: [email protected]
Na Białorusi pewne są trzy rzeczy. Po pierwsze pałac w Mińsku nadal jest w rękach uzurpatora władzy prezydenckiej, czyli Alaksandra Łukaszenki, który we wtorek zainaugurował swoją siódmą kadencję.
Dokładnie cztery lata temu, 25 marca 2021 r., białoruski reżim bezpodstawnie aresztował Andrzeja Poczobuta. Polski dziennikarz, działacz zdelegalizowanego przez Łukaszenkę Związku Polaków na Białorusi (ZPB) usłyszał absurdalne zarzuty, m.in. rehabilitacji nazizmu.
Ciekawą strategię przyjęło Ministerstwo Obrony Narodowej. W większości przypadków resort krytykuje działania poprzedników, a jak przychodzi co do czego, czerpie z nich garściami.
To było do przewidzenia. Wraz z końcem zimy i poprawą pogody zaostrzył się kryzys migracyjny na granicy z Białorusią. Dyktator Alaksandr Łukaszenka już w styczniu zapowiadał, że nie będzie „nikogo trzymał siłą” w kraju, co było zapowiedzią, że w niedalekiej perspektywie należy spodziewać się kolejnej odsłony wojny hybrydowej, wymierzonej w nasz kraj.
Silna armia opiera się na trzech filarach: odpowiedniej liczbie żołnierzy, posiadaniu najnowocześniejszego uzbrojenia i strategicznej pozycji w sojuszach międzynarodowych.
Jeżeli ktoś nie był pewny, co oznacza ogłoszony przez szefową KE Ursulę von der Leyen plan na rzecz obronności – „ReArm Europe”, składający się z pięciu punktów i mający zmobilizować 800 mld euro na zbrojenia – z krótkim i dobitnym tłumaczeniem pospieszył prezydent Francji Macron.
Białoruski dyktator Alaksandr Łukaszenka znalazł sposób, by przekonać administrację prezydenta Donalda Trumpa do częściowego przywrócenia stosunków na linii Waszyngton–Mińsk i potencjalnego podpisania porozumienia, które mogłoby w znaczący sposób ulżyć ledwo dychającej białoruskiej gospodarce, bazującej głównie na rosyjskiej kroplówce.
Z wiadomych względów oczy całego świata były w ostatnich dniach zwrócone na Waszyngton, spotkanie Wołodymyra Zełenskiego z Donaldem Trumpem i na wydarzenia, które rozegrały się w Białym Domu. Tymczasem do istotnej rzeczy doszło także w Moskwie, gdzie Władimir Putin ratyfikował traktat między Rosją a Białorusią o gwarancjach bezpieczeństwa tzw. Państwa Związkowego (ZBiR).
Jeżeli w tak dużym kraju jakim jest Francja, można wyeliminować z wyborów jednego z kluczowych polityków, w dodatku prowadzącego w sondażach, to siłą rzeczy można spodziewać się podobnych sytuacji w innych państwach. Pamiętajmy też o tym, co wcześniej stało się w Rumunii. To sytuacje bezprecedensowe, niespotykane wcześniej w Europie – mówi portalowi Niezależna.pl Kacper Kita, ekspert ds. Francji, publicysta portalu Nowy Ład.
Donald Tusk jest politykiem, który nigdy nie poświęcał specjalnej uwagi gospodarce. Dla niego ten sektor był i jest sprawą wtórną. Woli skupiać się na budowaniu napięć, politycznych polowaniach i tematach zastępczych, by przykryć rzeczywiste problemy. A Polacy jednoznacznie wskazują, że żyje im się coraz gorzej i mają obawy co do najbliższej przyszłości – mówi portalowi Niezależna.pl Andrzej Kosztowniak, poseł PiS, były minister finansów w rządzie Mateusza Morawieckiego.