Wielki sukces – byle nie spocząć na laurach
Kiedy miałem parę lat i w domu była mowa o różnych krajach, pytałem mamę: „A czy oni lubią Polaków?”. Z czasem zrozumiałem, że słowa „lubić” czy „kochać” nie istnieją w języku polityki międzynarodowej.
Kiedy miałem parę lat i w domu była mowa o różnych krajach, pytałem mamę: „A czy oni lubią Polaków?”. Z czasem zrozumiałem, że słowa „lubić” czy „kochać” nie istnieją w języku polityki międzynarodowej.
W komunistycznej „Encyklopedii powszechnej” z 1974 r. napisano o nim: „Twórca reakcyjnej historiozofii, ujmujących dzieje jako układ ścierających się cywilizacji”. Zupełnie inaczej widział tę postać niemiecki filozof Anton Hilckman: „Jeden z wielkich geniuszów rodu ludzkiego, jeden z tych, którzy ogólnemu dorobkowi duchowemu Europy zapewnili trwałe zdobycze, którego nazwisko nie może pozostać nieznane i niezapoznane, nawet jeżeli niewielu znało go poza ojczyzną”. Mowa o Feliksie Konecznym (1862–1949) uważanym za jednego z trzech najwybitniejszych historiozofów na świecie, obok Niemca Oswalda Spenglera i Anglika Arnolda Toynbeego.
Gdy na ostatnim okrążeniu biegu na 3 km z przeszkodami podczas igrzysk olimpijskich w Moskwie Bronisław Malinowski, chłopak z Grudziądza, odrabiał kilkadziesiąt metrów straty do Tanzańczyka Filberta Bayiego, rozemocjonowany i szczęśliwy – jak my wszyscy, w tym wówczas 17-letni autor tego tekstu – wielki komentator, a wcześniej żołnierz AK Bohdan Tomaszewski krzyczał: „Zwyciężyła polska siła, polska krzepa!”.
Komunikat ogłoszony w mediach po moim spotkaniu z premierem Mateuszem Morawieckim jest jasny: do polskiego sportu wracają kibice, a więc wraca normalność.
W zeszłym tygodniu obchodziliśmy 85. rocznicę śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego oraz 50. rocznicę śmierci generała Władysława Andersa. Obie przypadły jednego dnia – 12 maja. Uważam to za rzecz symboliczną, ponieważ tych dwóch wielkich Polaków i wspaniałych patriotów w 1926 r. pod-czas zamachu majowego, zwanego przez jego zwolenników „przewrotem majowym”, stanęło – o czym się niemal w ogóle nie mówi – po dwóch różnych stronach barykady. To najlepiej dowodzi, że nikt w II Rzeczypospolitej nie miał monopolu na patriotyzm.
W tych dniach obchodzimy 70. rocznicę tzw. deklaracji Schumana, czyli aktu założycielskiego Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, z której zrodziła się EWG, a w końcu – Unia Europejska. Z tej okazji w Parlamencie Europejskim odbyła się debata na ten temat, w której wziąłem udział w imieniu Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.
W 1945 r., gdy nie znano jeszcze „Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego oraz jego „Wspomnień starobielskich”, gdy nikt nie wiedział, że za pięć lat ukaże się angielskie wydanie „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, i gdy zapomniana dzisiaj Beata Obertyńska dopiero tworzyła swoją wstrząsającą książkę „W domu niewoli” – wówczas to w Italii, gdzie funkcjonowały wydawnictwa związane z II Korpusem gen. Władysława Andersa, ukazał się bodaj pierwszy literacki obraz Sowietów i ludzkiej, w tym polskiej niedoli przez nich spowodowanej.
Przedwczoraj, w sobotę 9 maja, minęła 34. rocznica śmierci człowieka, polskiego patrioty, którego sylwetkę doprawdy warto przypomnieć. Chodzi o szefa Kedywu, Kierownictwa Dywersji AK, płk. Józefa Rybickiego.
Federalny Trybunał Konstytucyjny RFN zanegował wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE sprzed półtora roku w sprawie Europejskiego Banku Centralnego (konkretnie: programu skupowania obligacji państwowych). EBC wbrew rządowi w Berlinie forsował bardziej elastyczną politykę ekonomiczną, korzystną szczególnie dla mniej trzymających dyscyplinę finansową państw Europy Południowej. Czynił to, gdy prezesem EBC był Włoch Mario Draghi, czyni to i teraz przy Francuzce Christine Lagarde. Europa Północna, a zwłaszcza Niemcy, były do tego w kontrze. Okazało się, że najważniejszy kraj UE jest „ostatnią instancją” dla instytucji Unii. Skoro tak, to dlaczego Niemcy mogą, a inne kraje nie?
Pandemia, podobnie jak kiedyś tragedia pod Smoleńskiem, stała się płaszczyzną brutalnego ataku na obóz patriotyczny, jego przedstawicieli i rząd RP. Pojawiają się skrajna demagogia, kłamstwa, przeinaczanie faktów i fake newsy.
Narzekają przegrani. Ci, którzy mają szansę na zwycięstwo w wyborach prezydenckich lub przynajmniej na znaczące poprawienie notowań własnej formacji – zakasują rękawy i robią swoje. Prezydent Duda miał w piątek swoją konwencję wyborczą. Zdalną, bo inna w czasach pandemii nie jest możliwa. Można? Można. Ale ta kampania przejdzie do historii nie tylko z racji panujących warunków.
Opozycja w Polsce może i jest słaba, ale to stronnictwo jest silne. Chodzi o nieformalne stronnictwo ludzi głosujących na różne partie, a czasem nawet nie głosujących, lecz połączonych jedną myślą – Polska jest słaba, Polacy to niedojdy, polskość to nienormalność, inni mogą robić wielkie rzeczy, ale my nie. Nieformalnych członków takiego stronnictwa jest sporo wśród polityków, dziennikarzy, tzw. ekspertów, ale też wśród zwykłych zjadaczy chleba.
Czy można opisać dzieje polityczne współczesnej Polski, sięgając do tekstów… antycznych, ale też późniejszych, tych nowożytnych? Oczywiście, że tak. Z zastrzeżeniem wyrażonym ponadczasowo w „Epigramacie o Heraklicie” przez anonimowego poetę z IV w. przed Chr. „Nie do głupców przemawiał Heraklit, za nic mając zachwyty i potwarz”. Żyjący nieco później Zenon z Kition, stoik (ok. 335 r. – ok. 263 r. przed Chr.) słusznie zauważał: „Prześciga innych ten, kto się rozsądkiem kieruje, zawczasu studiując przyszłość lub finał swojego zamysłu”. Nic dodać, nic ująć!
Zdalne szczyty UE są o wiele tańsze niż te „w realu”. Okazuje się, że mogą też przynieść decyzje bardziej konkretne niż te, które są efektem wielogodzinnych nasiadówek z mediami koczującymi pod drzwiami.
Bardzo dobre przyjęcie przez Czytelników mojego ostatniego artykułu o ludziach polskiego Londynu, który ukazał się 20 kwietnia, zachęciło mnie do napisania kolejnego tekstu kontynuującego ten temat. Poprzednio poświęciłem miejsce dwóm ostatnim prezydentom RP na uchodźstwie (Kazimierzowi Sabbatowi i Ryszardowi Kaczorowskiemu) oraz ostatniemu premierowi rządu RP w Londynie (Edwardowi Szczepanikowi). Dziś pora na poprzedników wymienionych prezydentów.
Dzisiaj Polacy stanowią największą mniejszość narodową w Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Oficjalnie było ich tam (co najmniej parędziesiąt tysięcy wróciło do ojczyzny podczas pandemii) 1,097 mln, choć szacowano, że w praktyce liczba ta wynosi 1,5 mln. Gdy jednak w ostatniej dekadzie przyjeżdżałem do brytyjskiej stolicy – mojego miejsca urodzenia – myślałem nie tylko o dzisiejszej polskiej wspólnocie, lecz także o dzielnych ludziach, żołnierzach II Korpusu gen. Andersa, powstańcach warszawskich, żołnierzach AK i NSZ, oficerach WP – więźniach obozów jenieckich, wreszcie więźniach niemieckich obozów śmierci.
1 maja 1986 r., Katowice. Komuna trzeszczy, lecz wciąż trzyma się krzepko – gdzie jak gdzie, ale na szczególnie represyjnym dla opozycji Górnym Śląsku naprawdę mocno. Oficjalny pochód z okazji Święta Pracy. Przed samą trybuną główną, w jednostajnym pochodzie poruszenie: grupa młodych ludzi na chybcika coś skleca i dumnie podnosi w górę tak, aby I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR i cała górnośląska elita partyjna dobrze widzieli transparent: „Niech żyje i promieniuje Związek Radziecki!”… Część ludzi się śmieje, komunistyczni notable na trybunie albo trwają w osłupieniu, albo są wściekli, ale niektórzy podejrzanie przygryzają wargi, żeby się nie uśmiechnąć...
Wyjątkowe to będą święta Zmartwychwstania Pańskiego. Chrystus z grobu powstanie wszędzie: w szpitalach, miejscach kwarantanny, pustych kościołach, na pustych ulicach i wszędzie tam, gdzie dzielni i przeważnie anonimowi ludzie walczą z największym chyba ludzkim dramatem w Polsce od czasu wojny. Chrystus zmartwychwstanie w Polsce i na świecie. „Alleluja!” zabrzmi tam, gdzie państwo i społeczeństwo od początku podjęło walkę z koronawirusem, jak Polska, i tam, gdzie go zlekceważono.
Warto czasem zobaczyć własny kraj w lustrze stworzonym przez cudzoziemców. Nawet jeśli bywa to krzywe zwierciadło. A że owo krzywe zwierciadło nie jest tylko domeną naszych czasów, o tym świadczą zapisy cudzoziemców odwiedzających nasz kraj nawet w XVI czy XVII wieku.
Ważną książką moich młodzieńczych lat było dziełko Aleksandra Bocheńskiego (brata Adolfa – publicysty i bohatera spod Ankony) pt. „Dzieje głupoty w Polsce”. Dziś na wiele spraw poruszonych w tej książce spojrzałbym pewnie z większym dystansem. Nie zmienia to jednak faktu, że w życiu publicznym nad Wisłą, Odrą, Wartą i Bugiem głupota była, jest i będzie. Rzecz w tym, żeby było jej jak najmniej.