Poza opiniami niechętnymi, co czasem było wypadkową zawiedzionych ambicji własnych czy wprost sprzecznych interesów z polskimi, spotykamy wiele opinii często pozytywnych czy bardzo pozytywnych.
Anglik o XVI-wiecznej Polsce i zaaresztowane wojsko Habsburgów
Anglik Fynes Moryson odwiedził Polskę pod koniec XVI w., mając ledwie 27 lat. Jego ojciec był czterokrotnym posłem do Izby Gmin, wysokim urzędnikiem skarbowym i zamożnym mieszczaninem. Młody syn Albionu po studiach w Cambridge, w Londynie, a następnie w Oksfordzie wyjechał w trwającą cztery lata podróż po Europie.
W 1593 r. odwiedził Polskę i zanotował: „W głównych miastach są w zajazdach wygodne łóżka. Zajazdy te są obficie zaopatrzone w mięsiwo i ryby słodkowodne, Polacy ryby te przyrządzają z nadmierną ilością pieprzu i korzeni, a za swą kuchnię są bardziej chwaleni niż Niemcy czy jakikolwiek inny naród. Ponieważ jednak korzenie są przywożone z daleka i drogo sprzedawane, przez to sos kosztuje o wiele drożej niż sama ryba. Prawie nie ma w Polsce szlachcica, który by nie przyrządzał sam dla siebie ryby”. Jednocześnie w swoich pamiętnikach, wydanych w Londynie w 1617 r. i zawierających wręcz niebywałą liczbę pedantycznych notatek, podkreśla: „Nie ma w Europie kraju, w którym artykuły żywnościowe byłyby tańsze niż w Polsce”.
Już bez cytowania dodam, że Anglik, który – jak sam podkreślał – najlepiej lubił… podróżowanie – zaliczał naszą ojczyznę do tych państw, w których cudzoziemcom nie groził napad rabunkowy i po których podróżuje się najbezpieczniej. Cieszy to stwierdzenie faktu, ale mnie jako historyka zafrapowało, jakie państwa Moryson wymienia jako najbardziej niebezpieczne. Były to: Anglia, Francja, Królestwo Neapolu, a także – cóż, napiszę to wbrew politycznej poprawności mojego środowiska – również Państwo Kościelne.
Młody gość z Wysp Brytyjskich miał jak najlepsze wrażenia z Polski, gdy chodzi o stosunek miejscowej ludności do gości. Tyle że zapewne szanował gospodarzy i sam ich nie okradał i nie napadał. Ci, którzy postępowali inaczej, narażali się na zrozumiały odwet, który już ze staropolską gościnnością nie miał nic wspólnego. I tak czeski magnat Henryk Michal Hyrsle, oficer w służbie Habsburgów, odwiedził Polskę raptem 11 lat po Morysonie. Był na Podhalu, a granicę naszą przekroczył pod Kieżmarkeim od strony Spisza. Był to czas, gdy jakiekolwiek obce wojska kojarzyły się polskiemu ludowi z rabunkami, gwałtami i podpaleniami, co owocowało wrogością. Jeden z towarzyszących Czechowi żołnierzy, podkomendny późniejszego sławnego dowódcy wojny trzydziestoletniej Albrechta Wallensteina napadł na „pewnego Polaka jadącego saneczkami, który z Czorsztyna przez pana swego wysłany dokądś jechał”. Obrabowany rodak dotarł do Czorsztyna krótszą drogą, uprzedził naszych i na ich powitanie wyjechało z czorsztyńskiego zamku przeszło 150 hajduków z długimi rusznicami. Wojsko Habsburgów aresztowano, chłop odzyskał szubę, a cudzoziemca złodzieja powiedziono na zamek. Cóż, Polacy po prostu bronili się przed gwałtem.
Wódka i futro na nogi – czyli odkrycia Francuza
W czasach już znacznie późniejszych, bo w II połowie XVII w., Francuz Gaspar de Tende został intendentem polskiego dworu królewskiego w wyniku protekcji królowej Marii Ludwiki, która uprosiła o to króla Jana Kazimierza. Potem ów francuski urzędnik polskiego dworu został francuskim dyplomatą i był sekretarzem ambasadora Francji w Warszawie, biskupa Forbina-Jansona. A ponieważ w Polsce był długo, jak widać w różnych rolach, uprzedzał cudzoziemców, iż: „Podróżując tu zimą, należy brać ze sobą wódkę i futrzany wór na nogi, gdyż mrozy w Polsce są tak ostre, że niepodobna inaczej wytrzymać w karocy, kolasce lub na wozie”. Jednocześnie Francuz podkreślał, że Polska dla podróżników jest krajem wyjątkowo tanim.
Angielski polityk, historyk i podróżnik pochodzący z bogatej i wpływowej rodziny kupieckiej Nathaniel Wraxall, przybył do Polski w 1779 r., skądinąd 10 lat po podróży do Indii, w tym do Bombaju. Potem, po powrocie z I Rzeczypospolitej, trzykrotnie był posłem do Izby Gmin. Wraxsall, nie mieszając się do naszych spraw wewnętrznych, co było niegdyś i jest obecnie pokusą różnych cudzoziemskich mądrali, chwalił system komunikacji w naszym kraju, pisząc: „Poczta jest stosunkowo dobrze obsłużona i chociaż konie są małe i słabe, brak siły jest zastępowany ilością, dlatego podróżny nie ma powodów do uskarżania się na brak pośpiechu”.
Na całym świecie nie ma szlachty, która by była wolniejsza
Jednak nasi goście pisali nie tylko o walorach komunikacji wewnętrznej I Rzeczypospolitej czy też generalnie niskich kosztach podróżowania, lecz także też o stosunkach społecznych. I tak na przykład nuncjusz apostolski Fulwiusz Ruggieri, który funkcję tę sprawował na dworze króla Zygmunta Augusta – nie wiadomo, prawdę mówiąc, rok czy dwa, ale zakończył misję w 1568 r. – ciekawie porównywał ówczesną Polskę i Niemcy: „Dzieci spłodzone z ojca szlachcica i matki nieszlachcianki nie tracą szlachectwa, jak się to dzieje w Niemczech. Szlachectwo traci się [w Polsce] za pewne przestępstwa lub gdyby ktoś, opuściwszy stan rycerski, udał się do jakiego podłego rzemiosła”.
Papieski ambasador miał za zadanie, aby Rzeczpospolita, będąca jednym z największych mocarstw w ówczesnej Europie, przyjęła uchwały soboru trydenckiego (co mu się udało), a przy okazji obserwował i notował: „Na całym świecie nie ma szlachty, która by była wolniejsza lub miała większą władzę niż szlachta polska”. Nuncjusz Ruggieri nie dodał jednego, bo pewnie o tym nie wiedział, ale my to wiemy: Polska była absolutnym wyjątkiem na społeczno-politycznej mapie Europy, bo o ile na Wyspach Brytyjskich czy we Francji szlachta stanowiła zaledwie 4–5 procent ogółu społeczeństwa, to w Polsce aż ok. 12 proc. Oznacza to, że te dwa mocarstwa gwarantowały wpływ na decyzje polityczne czy mniejszy lub większy udział we władzy ledwie co dwudziestemu piątemu czy co dwudziestemu mieszkańcowi tychże państw. Tymczasem ówczesna Polska – fenomen w skali europejskiej – bardzo znacząco ten udział, partycypację obywateli w procesie decyzyjnym rozszerzyła, skoro niezależnie od statusu majątkowego co ósmy mieszkaniec Królestwa i Wielkiego Księstwa jako szlachcic w nim uczestniczył. Ten stopień „uobywatelnienia” i mniej lub bardziej realnego wpływu na władze był na ówczesne czasy niespotykany i przez wieki stanowił przedmiot zazdrości w wielu społeczeństwach Europy Zachodniej. Tym bardziej że szło ono w parze z potęgą państwa liczącego wraz z lennami ponad milion kilometrów kwadratowych, a więc dobrze ponad trzy razy więcej niż teraz…