Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
14.05.2020 16:00

Reporterka z nieludzkiej ziemi

W 1945 r., gdy nie znano jeszcze „Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego oraz jego „Wspomnień starobielskich”, gdy nikt nie wiedział, że za pięć lat ukaże się angielskie wydanie „Innego świata” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, i gdy zapomniana dzisiaj Beata Obertyńska dopiero tworzyła swoją wstrząsającą książkę „W domu niewoli” – wówczas to w Italii, gdzie funkcjonowały wydawnictwa związane z II Korpusem gen. Władysława Andersa, ukazał się bodaj pierwszy literacki obraz Sowietów i ludzkiej, w tym polskiej niedoli przez nich spowodowanej.

Jego tytuł to „Ludzie sponiewierani”. Autorka, Herminia Naglerowa, pisała sucho, w zasadzie bez patosu, niczym reporter. Przed nią chyba tylko Melchior Wańkowicz w „Dziejach rodziny Korzeniewskich” starał się opisać tragedię Kresów Wschodnich i Kresowiaków.

Pisarka z Kresów

Pierwszy raz przeczytałem jej książkę, mój Boże, 35 lat temu. Był rok 1985, udało mi się zdobyć wydaną na Zachodzie inną jej prozę, „Kazachstańskie noce”. Pamiętam, że książka krążyła w podziemnym obiegu wśród studentów Uniwersytetu Wrocławskiego i w końcu ją dopadłem. Szczerze mówiąc, przeczytałem sporo literatury łagrowej czy szerzej – dotyczącej losów Polaków w ZSRS, w tym niesamowite wspomnienia ks. Władysława Bukowińskiego – „Zapiski z Kazachstanu”, którą to książkę kolportowałem w podziemiu we Wrocławiu (choć pierwszy egzemplarz dostałem od ks. Stanisława Małkowskiego w jego warszawskim mieszkaniu na Saskiej Kępie). Ale właśnie dwie wspomniane książki Herminii Naglerowej wywarły na mnie wrażenie szczególne.

Naglerowa urodziła się, jak wielu polskich pisarzy, na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. A ściślej w powiecie brodzkim w województwie lwowskim. Studiowała na słynnym Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, tamże zrobiła doktorat, uwaga, z historii (inne źródła podają, że z filozofii), a nie z literatury. Temat jej pracy to „Wyprawa Józefa Zaliwskiego w 1833 r.”. Jednak od 1919 r. mieszkała w stolicy, napisała pięć sporych powieści – najpopularniejsza z nich to „Krauzowie i inni”. Była znana poza Polską, tłumaczono ją na angielski i francuski.

NKWD: Bijemy takich jak wy

Po napaści Niemiec na Polskę, zgodnie z apelem naszych władz, opuściła Warszawę i po dwóch dekadach wróciła do swojego Lwowa. Sowieci aresztowali ją 24 stycznia 1940 r. w dużej łapance pisarzy, jak to później określiła – „prawicowych, lewicowych i neutralnych”. Podstawą do jej uwięzienia były, tak, tak, donosy Jerzego Putramenta (!) i Jerzego Borejszy.

Jednak głównym powodem trafienia za sowieckie kratki było opowiadanie Naglerowej „Gałązka bzu”, które zamieściła w książce dla młodzieży „Ludzie prawdziwi”. Zawarła w nim opis tortur stosowanych przez sowiecką bezpiekę Czeka, poprzedniczkę NKWD. Na przesłuchaniu, jak później opisywała, enkawudziści ryczeli: „Dlaczego pisaliście, że bijemy?” […]. „Nie bijemy!”. „Bijecie! […]”. [...] „Bijemy! [...] Bijemy takich, jak wy i Pilniak” [Borys Pilniak, rosyjski pisarz, stracony przez Sowietów – przyp. R.C.]. Tak więc w ten oryginalny sposób Sowieci przyznali się do tortur pisarce, która o tym pisała…

Siedziała we lwowskim więzieniu na Zamartynowie, a potem innych rozrzuconych po Kresach dawnej Rzeczypospolitej: w Horodni, Krzemieńczuku, Charkowie, a potem już daleko – Pietropawłowsku i Kazachstanie. Dostała, oczywiście zaocznie, wyrok ośmiu lat karnego łagru („daliokij lagier”), który odbywała w pobliżu Karagandy – ta stanie się potem głównym tematem jej powieści i opowiadań.

Proza Naglerowej przypomina z jednej strony Herlinga-Grudzińskiego, bo unika patosu, bo patrzy z dystansem, ale też nie relatywizuje. Jest też w jakiejś mierze podobna do Obertyńskiej, bo pokazuje, może mniej to akcentując, rolę polskiej „odmienności” w łagrach. Polacy, w obliczu największego życiowego wyzwania, mocno kultywowali tam więzi narodowe, solidarność, zwyczaje i tradycje. Mówiąc Feliksem Konecznym – była to „polska cywilizacja”.

Śmierć polskiego dziecka na stepie

Herminia Naglerowa pisała o głodzie, o traktowaniu literatów i intelektualistów, o powszechnym uciekaniu przez więźniów w... świat bajki. I to „burżuazyjnej” bajki! Może najbardziej przejmujący u Naglerowej jest opis śmierci polskiego dziecka na stepie w Kazachstanie. Śmierci z głodu. Dziecka, które śniło o najwspanialszym prezencie na imieniny – całym bochenku chleba… I mającego tylko jedno marzenie: „żeby nie wiedzieć co, wrócić do Polski, do Lwowa […], do mieszkania przy ul. Nabielaka”.
Naglerowa w łagrze modliła się – nie będąc katoliczką – słowami tradycyjnych modlitw, ale też słowami poezji. I własnymi słowami.

Po układzie Sikorski–Majski zdołała opuścić „sowiecki raj”: z żołnierzami Andersa przemieszcza się do Persji, potem Iraku, Palestyny, Egiptu, a wreszcie do Włoch, by już po zakończeniu działań II korpusu zacumować w Anglii.

Na scenie Teatru Królewskiego w Bagdadzie jej sztuka „Tu jest Polska” zainaugurowała działalność „Teatru Żołnierza”. Grano ją dla naszych chłopców z 5 Dywizji Kresowej czy 3 Dywizji Karpackiej na pustyniach Iraku. Grano tylko 30 razy, bo od żaru słońca zetlały teatralne dekoracje. W Palestynie założyła najlepsze bodaj polskie pismo kobiece z czasów wojny – „Ochotniczkę”.
Po ukończeniu kursu oficerskiego z armii wyszła jako kapitan Wojska Polskiego.

Polskość, co się odradza – jako ratunek

Po latach opisywała, jak w tiurmie w Krzemieńczuku poniżona, w beznadziei, w braku pespektyw, w rozpaczy, płacząc, zaczęła deklamować „Pana Tadeusza”. Zawarła to w opowiadaniu „Ratunek” – a tym ratunkiem stała się polszczyzna. Czyż to nie podobne do słów innego bardzo znanego literata i poety polskiego Lwowa, Mariana Hemara, który pisał: „Moją Ojczyzną jest polska mowa”.

Naglerowa pisała o tamtym czasie: „Odpychałam koniec życia, wiedząc już, że nie zabraknie mi nigdy tej najpiękniejszej mowy, nie kierowanej do nikogo, tylko do siebie samej”. Cóż, sztafeta pokoleń. I ta ciągłość, bo pierwszy raz Naglerowa „Pana Tadeusza” usłyszała od swojego nauczyciela, powstańca styczniowego, pana Sozańskiego.

Naglerowa pisała, że w sowieckiej celi była „instrumentem”. Instrumentem polskości, co wciąż się odradza i nie zginie nigdy. Zmarła na brytyjskiej ziemi, jak wielu polskich antykomunistycznych emigrantów, 9 października 1957 r. Na kilka dni przed śmiercią, jak to lapidarnie ujął jeden z jej biogramów, „przeszła na łono Kościoła katolickiego”.

Czy Herminia Naglerowa doczeka się ulicy swojego imienia, jakiegoś upamiętnienia? Tylko, na Boga, gdzie? We Lwowie? W Brodach? W Charkowie czy Kazachstanie, gdzie była więziona? Czy w Londynie, gdzie zmarła?
W tym roku, w październiku, minie równo 130. rocznica jej urodzin.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane