Jego tytuł to „Ludzie sponiewierani”. Autorka, Herminia Naglerowa, pisała sucho, w zasadzie bez patosu, niczym reporter. Przed nią chyba tylko Melchior Wańkowicz w „Dziejach rodziny Korzeniewskich” starał się opisać tragedię Kresów Wschodnich i Kresowiaków.
Pisarka z Kresów
Pierwszy raz przeczytałem jej książkę, mój Boże, 35 lat temu. Był rok 1985, udało mi się zdobyć wydaną na Zachodzie inną jej prozę, „Kazachstańskie noce”. Pamiętam, że książka krążyła w podziemnym obiegu wśród studentów Uniwersytetu Wrocławskiego i w końcu ją dopadłem. Szczerze mówiąc, przeczytałem sporo literatury łagrowej czy szerzej – dotyczącej losów Polaków w ZSRS, w tym niesamowite wspomnienia ks. Władysława Bukowińskiego – „Zapiski z Kazachstanu”, którą to książkę kolportowałem w podziemiu we Wrocławiu (choć pierwszy egzemplarz dostałem od ks. Stanisława Małkowskiego w jego warszawskim mieszkaniu na Saskiej Kępie). Ale właśnie dwie wspomniane książki Herminii Naglerowej wywarły na mnie wrażenie szczególne.
Naglerowa urodziła się, jak wielu polskich pisarzy, na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. A ściślej w powiecie brodzkim w województwie lwowskim. Studiowała na słynnym Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, tamże zrobiła doktorat, uwaga, z historii (inne źródła podają, że z filozofii), a nie z literatury. Temat jej pracy to „Wyprawa Józefa Zaliwskiego w 1833 r.”. Jednak od 1919 r. mieszkała w stolicy, napisała pięć sporych powieści – najpopularniejsza z nich to „Krauzowie i inni”. Była znana poza Polską, tłumaczono ją na angielski i francuski.
NKWD: Bijemy takich jak wy
Po napaści Niemiec na Polskę, zgodnie z apelem naszych władz, opuściła Warszawę i po dwóch dekadach wróciła do swojego Lwowa. Sowieci aresztowali ją 24 stycznia 1940 r. w dużej łapance pisarzy, jak to później określiła – „prawicowych, lewicowych i neutralnych”. Podstawą do jej uwięzienia były, tak, tak, donosy Jerzego Putramenta (!) i Jerzego Borejszy.
Jednak głównym powodem trafienia za sowieckie kratki było opowiadanie Naglerowej „Gałązka bzu”, które zamieściła w książce dla młodzieży „Ludzie prawdziwi”. Zawarła w nim opis tortur stosowanych przez sowiecką bezpiekę Czeka, poprzedniczkę NKWD. Na przesłuchaniu, jak później opisywała, enkawudziści ryczeli: „Dlaczego pisaliście, że bijemy?” […]. „Nie bijemy!”. „Bijecie! […]”. [...] „Bijemy! [...] Bijemy takich, jak wy i Pilniak” [Borys Pilniak, rosyjski pisarz, stracony przez Sowietów – przyp. R.C.]. Tak więc w ten oryginalny sposób Sowieci przyznali się do tortur pisarce, która o tym pisała…
Siedziała we lwowskim więzieniu na Zamartynowie, a potem innych rozrzuconych po Kresach dawnej Rzeczypospolitej: w Horodni, Krzemieńczuku, Charkowie, a potem już daleko – Pietropawłowsku i Kazachstanie. Dostała, oczywiście zaocznie, wyrok ośmiu lat karnego łagru („daliokij lagier”), który odbywała w pobliżu Karagandy – ta stanie się potem głównym tematem jej powieści i opowiadań.
Proza Naglerowej przypomina z jednej strony Herlinga-Grudzińskiego, bo unika patosu, bo patrzy z dystansem, ale też nie relatywizuje. Jest też w jakiejś mierze podobna do Obertyńskiej, bo pokazuje, może mniej to akcentując, rolę polskiej „odmienności” w łagrach. Polacy, w obliczu największego życiowego wyzwania, mocno kultywowali tam więzi narodowe, solidarność, zwyczaje i tradycje. Mówiąc Feliksem Konecznym – była to „polska cywilizacja”.
Śmierć polskiego dziecka na stepie
Herminia Naglerowa pisała o głodzie, o traktowaniu literatów i intelektualistów, o powszechnym uciekaniu przez więźniów w... świat bajki. I to „burżuazyjnej” bajki! Może najbardziej przejmujący u Naglerowej jest opis śmierci polskiego dziecka na stepie w Kazachstanie. Śmierci z głodu. Dziecka, które śniło o najwspanialszym prezencie na imieniny – całym bochenku chleba… I mającego tylko jedno marzenie: „żeby nie wiedzieć co, wrócić do Polski, do Lwowa […], do mieszkania przy ul. Nabielaka”.
Naglerowa w łagrze modliła się – nie będąc katoliczką – słowami tradycyjnych modlitw, ale też słowami poezji. I własnymi słowami.
Po układzie Sikorski–Majski zdołała opuścić „sowiecki raj”: z żołnierzami Andersa przemieszcza się do Persji, potem Iraku, Palestyny, Egiptu, a wreszcie do Włoch, by już po zakończeniu działań II korpusu zacumować w Anglii.
Na scenie Teatru Królewskiego w Bagdadzie jej sztuka „Tu jest Polska” zainaugurowała działalność „Teatru Żołnierza”. Grano ją dla naszych chłopców z 5 Dywizji Kresowej czy 3 Dywizji Karpackiej na pustyniach Iraku. Grano tylko 30 razy, bo od żaru słońca zetlały teatralne dekoracje. W Palestynie założyła najlepsze bodaj polskie pismo kobiece z czasów wojny – „Ochotniczkę”.
Po ukończeniu kursu oficerskiego z armii wyszła jako kapitan Wojska Polskiego.
Polskość, co się odradza – jako ratunek
Po latach opisywała, jak w tiurmie w Krzemieńczuku poniżona, w beznadziei, w braku pespektyw, w rozpaczy, płacząc, zaczęła deklamować „Pana Tadeusza”. Zawarła to w opowiadaniu „Ratunek” – a tym ratunkiem stała się polszczyzna. Czyż to nie podobne do słów innego bardzo znanego literata i poety polskiego Lwowa, Mariana Hemara, który pisał: „Moją Ojczyzną jest polska mowa”.
Naglerowa pisała o tamtym czasie: „Odpychałam koniec życia, wiedząc już, że nie zabraknie mi nigdy tej najpiękniejszej mowy, nie kierowanej do nikogo, tylko do siebie samej”. Cóż, sztafeta pokoleń. I ta ciągłość, bo pierwszy raz Naglerowa „Pana Tadeusza” usłyszała od swojego nauczyciela, powstańca styczniowego, pana Sozańskiego.
Naglerowa pisała, że w sowieckiej celi była „instrumentem”. Instrumentem polskości, co wciąż się odradza i nie zginie nigdy. Zmarła na brytyjskiej ziemi, jak wielu polskich antykomunistycznych emigrantów, 9 października 1957 r. Na kilka dni przed śmiercią, jak to lapidarnie ujął jeden z jej biogramów, „przeszła na łono Kościoła katolickiego”.
Czy Herminia Naglerowa doczeka się ulicy swojego imienia, jakiegoś upamiętnienia? Tylko, na Boga, gdzie? We Lwowie? W Brodach? W Charkowie czy Kazachstanie, gdzie była więziona? Czy w Londynie, gdzie zmarła?
W tym roku, w październiku, minie równo 130. rocznica jej urodzin.