Pewien bardzo znany dziennikarz w TVN24 w ostatnich dniach szczerze wykrzykiwał, że jak Polska może być pionierem w głosowaniu korespondencyjnym na taką skalę, skoro wcześniej żadne państwo tego systemu nie przećwiczyło? Jak to możliwe, by Polacy potrafili?! I on naprawdę w to wątpił.
Gorsza Polska, czyli łże-rzeczywistość
Polska według tych ludzi jest od macochy, Polacy są gorsi – inne kraje i nacje są z definicji mądrzejsze, lepiej się rządzą, gospodarują i oczywiście sprawniej radzą sobie z pandemią koronawirusa. To właśnie ludzie, nieformalni przedstawiciele stronnictwa o roboczej, przyjętej przeze mnie na użytek tego tekstu, nazwie „Polska jest gorsza z definicji, a Polacy – to lepiej nie gadać” udowadniali nam w mediach społecznościowych, i nie tylko, jak to w przeciwieństwie do nas Szwecja świetnie radzi sobie z COVID-19. Ludzie głoszący takie opinie są kompletnie ślepi i głusi na fakty, że owo Królestwo Szwecji, będąc krajem czterokrotnie mniej licznym niż my, ma czterokrotnie więcej zgonów (570 w Polsce i 2355 w Szwecji – stan na 27.04)! Jeśli fakty się nie zgadzają, to według tych państwa tym gorzej dla faktów… Jeżeli rzeczywistość jest inna, niż oni głoszą, to zaczynają tworzyć łże-rzeczywistość. Są królami świata wirtualnego, a nie realnego.
Korea Południowa, mając blisko 52 mln mieszkańców, w tym 44 mln uprawnionych do głosowania, może zorganizować wybory, w których wzięło udział ok. 29 mln obywateli. Korea może zapewnić proces wyborczy, będąc krajem większym od nas – a my absolutnie nie! To się nazywa imposybilizm, od angielskiego i francuskiego „impossible”.
Imposybiliści i ich dogmaty
Sama ideologia imposybilistów opiera się na dogmacie, że w Polsce nic nie może się udać – bo Polska jest właśnie gorsza. Dlatego też nie budzi w nich poczucia dyskomfortu to, że w czasie pan-demii wybory odbyły się w Niemczech, w ich największym kraju związkowym – Bawarii, a także w Szwajcarii i w Korei Płd. właśnie. W Polsce, ich zdaniem, przecież nie może się powieść to, co gdzie indziej się udało. Zwolennicy tezy o tym, że jesteśmy gorsi i bardziej nieudani niż reszta, nie zastanawiają się (a może właśnie się zastanawiają) nad tym, jaki przekaz poszedłby w świat, gdyby Rzeczpospolita przełożyła wybory, choć inne państwa tego nie uczyniły (poza Francją, która przełożyła drugą turę wyborów lokalnych – tyle że tam jest obecnie 14 razy więcej osób zarażonych i 40 razy więcej zgonów niż w Polsce).
Cechą charakterystyczną owych imposybilistów i zwolenników tezy, jak fajnie jest gdzie indziej, tylko nie u nas, jest to, że bardzo zawodzi ich elementarna logika. Oto mając pełne usta frazesów o konstytucji, skandując KON-STY-TU-CJA i obnosząc się z koszulkami z takim napisem (ewentualnie w wersji OTUA), ci sami ludzie są – podobnie jak w sprawie statystyk zarażeń i zgonów w związku z pandemią – ślepi i głusi na to, co owa tak przez nich chętnie przywoływana i tak bardzo instrumentalnie traktowana konstytucja głosi. Parokrotnie w telewizyjnych i radiowych debatach via Skype przytaczałem zapis polskiej konstytucji, który głosi, że wybory muszą się odbyć między 75. a 100. dniem od zakończenia kadencji urzędującej głowy państwa. Ze strony naszych adwersarzy z PO (nomen omen KO!) czy lewicy zapadało wtedy głuche milczenie. Jeśli bowiem Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej głosi coś, co jest dla nich politycznie niekorzystne – to do diabła z konstytucją! Skądinąd identycznie było wcześniej, gdy w dyskusjach z owymi płytkimi fanami konstytucji powoływaliśmy się na konstytucyjną definicję małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. Wtedy również jakoś konstytucja była be i do bani.
Nawet UE wie, że są granice szaleństwa
Te same środowiska, które do Unii Europejskiej i innych organizacji międzynarodowych mają stosunek więcej niż nabożny, a ich przedstawiciele widzą (rozumieją) świat o tyle, o ile go zobaczą z pozycji klęczącej, bo bez przerwy oddają hołdy lenne UE – czasem nagle głuchną na unijne enuncjacje. Dzieje się to wtedy, gdy Unia Europejska, która prowadzi swoje gry, ale wie też, że są granice szaleństwa, wypowiada się wbrew interesom owego nieformalnego stronnictwa antypolskiego. Jeśli Bruksela odezwie się nie po ich myśli – wówczas głośno milczą i chcą tym milczeniem zabić unijne instytucje. Tak było, gdy ostatnio rzecznik Komisji Europejskiej Christian Wigand uznał, że wybory w Polsce i innych krajach członkowskich UE to sprawa tychże krajów oraz że również termin wyborów w oczywisty sposób pozostają sprawą wewnętrzną państw członkowskich. W takich sytuacjach ludzie z „Polska jest gorsza”, zawołani euroentuzjaści, chwilowo obrażają się na Unię.
Ci sami ludzie i te same środowiska piały z zachwytu, gdy parę dni wcześniej belgijski komisarz Didier Reynders, nie mając mandatu KE, wyszedł przed szereg – jak to później skomentowali dyplomaci z Brukseli – i zapowiedział, że Komisja Europejska zajmie się wyborami w Polsce i uruchomieniem w związku z tym art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Wypowiedź rzecznika KE Wieganda była politycznym daniem po łapach kontrowersyjnemu Belgowi. Jak widać, zwolennicy tezy, że Polska w porównaniu z innymi krajami jest kiepska, owi imposybiliści, są jednocześnie hipokrytami i mają bardzo selektywny słuch: z Brukseli słyszą tylko to, co chcą usłyszeć, a nie to, co jest tam naprawdę w kontekście Polski mówione.
Pamiętajmy jedno: ci ludzie, obojętnie czy mówią o wyborach prezydenckich, konstytucji, czy koronawirusie, chcą przedstawić tylko jeden przekaz: że Polska jest gorsza od innych krajów, a państwo polskie niewydolne. Wbrew faktom. Wbrew rzeczywistości. Warto to wiedzieć i nagłaśniać. Ci heroldzi swoistego narodowego minimalizmu, wszak mocno podszytego kiedyś internacjonalizmem, a dziś kosmopolityzmem, powinni być poddani pod osąd polskiej, patriotycznej opinii publicznej. Taki pręgierz im się należy. Zwolennicy ideologii, według której Polska jest gorsza, a Polacy to ksenofobi, rasiści i ludzie godni politowania, zasługują na ostracyzm.