Był odważny w walce z Niemcami, a potem w walce z Sowietami i ich poplecznikami – działacz WiN, więzień PRL, współzałożyciel Komitetu Obrony Robotników „KOR”.
Nekrologi powstańców styczniowych
Urodził się w Kołomyi, na Kresach Wschodnich RP, wówczas pod zaborem austriackim. Do gimnazjum chodził w Brzeżanach, mieście, w którym kilkanaście lat wcześniej urodził się przyszły marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz. Potem był uczniem gimnazjum w Wadowicach, w których z kolei parę lat później urodził się przyszły papież z Polski Karol Wojtyła.
Jeden z momentów zwrotnych w jego życiu nastąpił, gdy miał 12 lat i z ojcem urzędnikiem sądowym przyjechał z wizytą do Lwowa. Tak o tym sam mówił: „Należę do epoki minionej… Byłem wychowany na roku 1863. Pamiętam, jak ojciec prowadził mnie na wystawę we Lwowie, popowstaniową, w pięćdziesięciolecie, w 1913 r… Wszedłem do sali, gdzie cała sala była wyklejona nekrologami powstańców. I ten obraz, tych nekrologów, cały czas tkwi w moich oczach. Tak nas wychowano”.
Maturę zrobił właśnie w tymże Lwowie. Tak potem o tym mówił: „Szkoła lwowska, moi nauczyciele, moi wychowawcy nigdy nie mówili do mnie: »Kochaj Polskę, taką kochaj, a taką«. Ten patriotyzm był wewnętrzny. On wynikał z całej atmosfery, z klimatu szkoły, w którym się wychowywaliśmy”.
Uczeń, co austriackie godła zrywał
Był jednym z pierwszych harcerzy w tym „zawsze wiernym” Rzeczypospolitej mieście. Jednak polityczną inicjację przeżył wcześniej podczas nauki w Wadowicach, gdy zrywał austriackie godła i napisy. Gdy Polska wybiła się na niepodległość, miał 17 lat. Tak to wspominał: „Byłem uczniem VI klasy. Dyrektor gimnazjum wadowickiego Jan Doroziński zawołał nas i zwrócił się do nas wielkimi słowami, zaczerpniętymi z Sienkiewicza: »Jesteśmy na jasnym brzegu«… Potem w stylu bardzo wzniosłym i patriotycznym mówił o tym, że Polska zmartwychwstała. Słuchaliśmy go, stojąc w głębokiej ciszy”.
Poświęciłem sporo miejsca latom młodzieńczym Józefa Rybickiego nieprzypadkowo. Właśnie wtedy należy szukać jego późniejszych moralnych i patriotycznych wyborów. Tak o tym mówił: „W moich latach gimnazjalnych i uniwersyteckich tkwią korzenie tego, co robiłem potem: w czasach AK, na wojnie i jeszcze w latach 70.”.
Dla pokolenia Rybickiego walka o niepodległość, a potem o jej zachowanie była oczywistą oczywistością. Cała jego klasa poszła na front w 1920 r. na ochotnika. 19-letni Józef został ciężko ranny – Kozak rozpłatał mu prawą rękę (bark).Wdała się w to gruźlica kości i do końca życia nasz bohater miał niedowład ręki. Niemal ćwierć wieku potem zostaje znów ranny, walcząc z kolei z Niemcami, w Powstaniu Warszawskim, w słynnym ataku na budynek dawnej Komendy Głównej Policji Państwowej.
Tak wspominał powrót z frontu polsko-bolszewickiego do domu: „Zastałem moją mamę w żałobie, bo ktoś jej doniósł, że zginąłem”. Został odznaczony Krzyżem Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej.
Opuszcza Lwów na rzecz drugiej kresowej stolicy – Wilna. Tam studiuje filologię klasyczną na Uniwersytecie Stefana Batorego. Studia przerwie na dwa lata – wyjedzie do Szwajcarii i Włoch dla poratowania zdrowia po obrażeniach odniesionych w walkach z Armią Czerwoną.
Wilno wywarło szczególne piętno na osobowości młodego humanisty: „Tkwiła we mnie atmosfera Wilna. […] Na Uniwersytecie Wileńskim moim wychowawcą, który kształtował moją umysłowość, był wielki filozof chrześcijański, jeden z największych moim zdaniem myślicieli owych czasów, Marian Zdziechowski”. Cóż, Rybickiego Zdziechowski fascynował, ale już Czesław Miłosz z tego wybitnego polskiego myśliciela szydził w swoich wspomnieniach, określając go mianem „staruszka”.
Pan profesor od sabotażu i dywersji
Rybicki broni doktorat z historii starożytnej, pewnie nie myśląc, że za paręnaście lat zostanie szefem antyniemieckiej dywersji w warszawskiej AK. Jest asystentem na uniwersytecie, a jednocześnie uczy w szkołach średnich, a potem im dyrektoruje, najpierw w Nowogródku, a potem w Tomaszowie Lubelskim.
Gdy wybucha wojna i Tomaszów Lubelski przechodzi z rąk jednych okupantów w ręce drugich, ukrywa się przed Sowietami w lesie. Potem ten „stuprocentowy cywil”, jak mówi o sobie, któremu wpisano do książeczki wojskowej przymiotnik „niewyszkolony”, zostaje jednym z dowódców polskiego podziemia. Kieruje sabotażem w przemyśle pracującym dla Niemców, a potem dywersją. Podlegały mu tzw. oddziały dyspozycyjne, kobiece patrole minerskie, Oddziały Dywersji Bojowej. Rybicki wszedł do konspiracji rekomendowany przez ówczesnego ppłk. Stanisława Sosabowskiego.
Jak nauczyciel filologii klasycznej z niedowładem prawej ręki mógł kierować jedną z kluczowych struktur Armii Krajowej? Tak o nim pisał cichociemny Henryk Witkowski „Boruta”: „Spodziewaliśmy się ujrzeć kogoś o marsowym wyglądzie i typowych manierach dowódcy wysokiego szczebla, a tymczasem podawał nam rękę pan w średnim wieku, o łagodnych oczach i dobrodusznej rumianej twarzy, wzbudzającej zaufanie od pierwszego spojrzenia. Pełen był przy tym jakiejś wewnętrznej delikatności, której widomym wyrazem był sposób poruszania się i wyrażania w pełnych umiaru słowach, dalekich od żołnierskiego żargonu”.
Rybicki może był łagodny co do formy, ale bardzo stanowczy co do treści. Jak wspominał „Boruta”: „Choć zawsze rozmawiał z nami z pozycji dowódcy, nigdy nie wydawał rozkazów w uświęconej tradycją wojskową formie, lecz zawsze wypowiadał tylko swe życzenia w formie: proszę wysadzić w powietrze ten tor kolejowy [...]. Ta forma [...] poparta była jednak [...] szczególną intonacją i nieznoszącym sprzeciwu przenikliwym spojrzeniem”.
Nie mniej ciekawe były słowa samego płk. „Andrzeja” (używał też pseudonimu Maciej) o sabotażu, którym kierował: „Praca sabotażowa […] to stała, codzienna, mozolna praca uświadomionego robotnika, praca o wiele trudniejsza od akcji w dywersji bojowej […]. Żołnierz sabotażowy pozostaje na miejscu, jest związany z nieprzyjacielem miejscem swej akcji i przy lada inspekcji, rewizji grozi mu niebezpieczeństwo”.
„Moi chłopcy leżą na cmentarzach”
Nie przypadkiem cytowałem te słowa pułkownika, bo o robotnikach, żołnierzach AK, będzie mówił jeszcze z najwyższym uznaniem… na sali sądowej w czasie procesu wytoczonego mu przez komunistyczne władze. W procesie kierownictwa WiN oskarżony Rybicki powiedział także: „To, co robiłem w czasie wojny, było tylko moim obowiązkiem i nie mam zamiaru zbierać teraz procentów. Najwyższą nagrodą było dla mnie szczęście, że mogłem wykonać taką właśnie, a nie inną pracę. A to, co mi się udało zrobić, zawdzięczam moim bohaterskim chłopakom, którzy dziś leżą na cmentarzach”.
Skazano go na 10 lat, potem wyrok ten zmniejszono do sześciu, a i tak szef Kedywu przesiedział blisko… dziewięć lat. Jakim był człowiekiem, świadczy także to, że na koniec procesu poprosił o łagodny wymiar kary, ale nie dla siebie, lecz dla swojego podkomendnego Mariana Gołębiowskiego (siedział do 1956 r., by po 20 latach współzakładać ROPCiO).
Nic dziwnego, że taki człowiek nie mógł się bać komunistów. Dlatego też – obok m.in. Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego – był sygnatariuszem „Apelu do społeczeństwa i władz PRL”, powołującego KOR.
Miałem szczęście poznać Józefa Rybickiego. Stan wojenny, Warszawa i jego niezapowiadany publicznie wykład. Zapamiętałem mocną osobowość człowieka, który o przeszłości mówił z dumą, a o przyszłości z optymistycznym spokojem, co wtedy było rzadkie.