Bez końca
Prezydent podpisał ustawę o Sądzie Najwyższym. Politycy PiS w publicznych wypowiedziach deklarują nadzieję, że to zakończy spór z Komisją Europejską i odblokuje środki z KPO.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
Prezydent podpisał ustawę o Sądzie Najwyższym. Politycy PiS w publicznych wypowiedziach deklarują nadzieję, że to zakończy spór z Komisją Europejską i odblokuje środki z KPO.
Europejska Partia Ludowa w obecnej kadencji Parlamentu Europejskiego ma dziś 187 deputowanych w PE.
Według badań pracowni United Surveys dla „Rzeczpospolitej” i radia RMF FM, ankietowanym Polakom bardzo trudno jest wskazać, czyim sukcesem jest akceptacja polskiego KPO przez Komisję Europejską. Co prawda prawie nikt nie uważa, byśmy w tej sprawie zawdzięczali cokolwiek opozycji (niecałe 3 proc. wskazań), ale też i prezydenta niespecjalnie tu doceniamy, choć przecież to jego ustawa pomogła zażegnać trwający dotąd impas (5,6 proc.). Niewiele lepiej wypada sama Komisja Europejska – to już 12 proc., natomiast dwa razy więcej ankietowanych wskazuje na rządzących. Tak więc PiS ze swoimi 24 proc. wypada tu najlepiej, ale…
W 1981 r. Jaruzelski pozostawił po sobie w języku polskim kilka fraz, w tym „90 dni spokoju”. Czerwony generał apelował o taki właśnie czas taryfy ulgowej dla swojego rządu, a po cichu już szykował się do zbrojnej napaści na własnych obywateli. Już po ’89 przyjęło się, że każdej nowej ekipie należy się kredyt zaufania na pierwsze 100 dni, oczywiście z pewnymi wyjątkami.
Wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego i szerzej – zapowiedziane i wdrażane zmiany w partii – wskazują, że kierownictwo, a na pewno sam prezes, zdają sobie sprawę z czyhających na Prawo i Sprawiedliwość zagrożeń. Po prawie siedmiu latach rządów PiS trapią typowe i nieuchronne problemy każdej partii władzy. Dodatkowo nakładają się na nie wyjątkowo trudne okoliczności, jakie przypadły na drugą kadencję – pandemia, narastająca inflacja, kryzys paliwowy, wreszcie wojna tuż przy granicach Polski, poprzedzona jeszcze prowadzoną przeciw nam wojną hybrydową. Paradoksalnie jednak PiS najlepiej dawało sobie dotychczas radę właśnie w najmniej sprzyjających okolicznościach.
Niezbadane są wyroki boskie, głosi mądrość. Wyroki polskich sądów natomiast są cały czas dość przewidywalne, nawet, jeśli przewidywalność ta przejawia się w pozornych zaskoczeniach. Gdy piszę te słowa, Twitter trzęsie się akurat w słusznych emocjach po decyzji, jaką w sprawie Magdaleny Adamowicz wydała sędzia Julia Kuciel.
Jak wygrać z inflacją? – pytają eksperci, a po cichu zapewne zastanawiają się też wszyscy Polacy. Ba, cały świat się zastanawia. Jednak choć zjawisko jest globalne i takie też najczęściej stoją za nim przyczyny, winę najchętniej przypisuje się lokalnie.
W czwartek w Sejmie Zjednoczona Prawica dokonała dwóch w pewnym sensie sprzecznych rzeczy: równocześnie udało jej się bowiem przegłosować poprawki do ustawy o Sądzie Najwyższym i odrzucić wotum nieufności wobec Zbigniewa Ziobry. Oba wygrane głosowania to spory cios dla opozycji. Koalicja rządząca trwa i najprawdopodobniej trwać będzie. Natomiast kwestia pieniędzy z KPO pozostaje otwarta. Obawy części mniej ufnych wobec deklaracji KE polityków prawicy w weekend potwierdził Rafał Trzaskowski, który kontynuuje, jak się zdaje, swoją grę o rząd dusz na opozycji.
Można oczywiście uznać, że Janusz Weiss był klasycznym przykładem resortowego dziecka, które świetnie ustawiło się w III RP, a i Jacek Kleiff bardzo mocno się w swojej niechęci do PiS zapędził – i z tych powodów stracić serce do dawnego Salonu Niezależnych. Nie zmienia to jednak faktu, że co pewien czas przypomni mi się coś z dawnej twórczości tego wyprzedzającego swój czas i niedopasowanego do miejsca kabaretu z przełomu lat 60. i 70., którego skład uzupełniał Michał Tarkowski. Ostatnio jako wielce aktualny przypomniał mi się monolog Weissa „Król – berek kucany”.
W poniedziałkowy ranek, pisząc pierwszą część tego tekstu, nie spodziewałem się, że część jego tez, których rozwinięcie przezornie odłożyłem do jego planowanej na drugą połowę tygodnia kontynuacji, na zamkniętym posiedzeniu wyjazdowym Platformy pośrednio potwierdzi sam Donald Tusk. W rozmowie ze swoimi parlamentarzystami bardzo ostro zaatakować miał Szymona Hołownię, oberwać się miało też Rafałowi Trzaskowskiemu. W tle pozostaje brak odzewu na narzucany niemal siłą pomysł jednej listy wyborczej opozycji, a nowym wątkiem jest domniemana współpraca Trzaskowskiego z Hołownią. W tej ostatniej sprawie politycy Platformy robią dobrą minę do złej gry, wiele wskazuje jednak na to, że nieźle się musi pod tym dywanem kotłować.
Platforma Obywatelska miała okazję pokazać, że nie chroni swoich. Tak, brzmi to jak żart, ale pamiętajmy o tym, że nawet doktryna Neumanna wskazywała, że są pewne sytuacje graniczne – nielojalność wobec partii lub zbyt mocne zarzuty.
Fani Muminków pamiętają na pewno postać Paszczaka, wiecznie niezadowolonego filozofa, snującego się z książką „O niepotrzebności wszystkiego”. Ten marudny stworek stał się najwyraźniej patronem naszej opozycji, która robi wszystko, by wykazać zbędność kolejnych wielkich inwestycji.
Wiele wskazuje na to, że plan Donalda Tuska na stworzenie jednej listy partii opozycyjnych nie ma już szans na powodzenie. Pojawiają się też plotki o zakulisowych rozmowach Rafała Trzaskowskiego z Szymonem Hołownią. Hołownię wielu widzi też idącego razem z PSL, na razie jednak Władysław Kosiniak-Kamysz zbiera wokół siebie polityczny plankton, stawiając na ilość, nie jakość. Mowa jest też o konserwatywnej koalicji wokół jego ugrupowania, jednak konserwatyzmu próżno szukać w Stronnictwie Demokratycznym, które właśnie połączyło swe losy z ludowcami. Również na weekendowej konwencji Porozumienia to Kosiniak z kolegami zajęli pierwsze rzędy dla gości.
„10 maja 2020 – pamiętacie tę datę? Do dzisiaj, chociaż minęły już dwa lata, ciężko mi sobie wyobrazić, jak wyglądałaby Polska, gdyby wybory prezydenckie odbyły się tak, jak chcieli liderzy PiS: przeprowadzone przez wojsko” – pisze na Twitterze Jarosław Gowin.
Odkąd zostałem użytkownikiem Twittera, co roku dziwiło mnie niezmiernie, że ktoś w czasach internetu i masowego dostępu do każdej muzyki, wciąż jeszcze ogląda Eurowizję. Sam odpuściłem sobie to lata świetlne temu, znużony lekko archaicznymi piosenkami, brzmiącymi na ogół tak, jakby wszystkie powstały w jednej fabryce.
Wielka koalicja całej opozycji pozostaje od kilku miesięcy największą obsesją Donalda Tuska, działaczy i wyborców Platformy, a także niektórych dziennikarzy. Problemem tej licznej grupy jest to, że potencjalni partnerzy albo podobnego rozwiązania nie chcą, albo nie mogą sobie na to pozwolić. Żeby polityczna perspektywa jawiła się jeszcze ciekawiej, w ostatnich dniach poznaliśmy aż dwa nazwiska pań na stanowisko premiera. Za jedną stoi Donald Tusk i jego chęć utemperowania partyjnej konkurencji. Za drugą chyba tylko fantazja Krzysztofa Śmiszka.
Nie mam pewności, czy prezydent Francji widział w pałowanych i ranionych przez własną policję demonstrantach ludzi i obywateli. Skoro zaś tak mało Emmanuel Macron miał empatii dla swoich, może trudno się dziwić, że tak lekko proponuje Wołodymyrowi Zełenskiemu oddanie Rosji części terytorium Ukrainy.
Pod koniec ubiegłego tygodnia pojawiły się informacje o porozumieniu polskich władz z Komisją Europejską w sprawie przekazania Polsce środków z KPO. Opozycja, która wraz z mediami spodziewała się rozpadu koalicji rządzącej, kolejny raz musiała obejść się smakiem. Nie udało się jej również zablokować przedłużenia mandatu Adama Glapińskiego na stanowisku szefa NBP. Nowy tydzień nie zaczyna się lepiej – Daniel Obajtek ujawnił materiały dotyczące przygotowań Platformy za czasów jej rządów do sprzedaży Lotosu Rosjanom, a „Rzeczpospolita” pisze o całkowitej kompromitacji rodziny Banasiów.
Nie tak dawno głośno było o konkursie na „warszawiankę roku”, organizowanym przez ratusz stolicy. Wśród kandydatek było kilka aktywistek o lewicowej proweniencji, lecz i społecznym zacięciu, zajmujących się rzeczami potrzebnymi i godnymi podziwu, głównie na rzecz chorych i innych grup, w jakimś stopniu wykluczonych społecznie. Obok nich pojawiły się jednak panie dużo bardziej głośne, czasem po prostu krzykliwe i to wokół nich powstała kontrowersja.
Przez lata utrwaliło się przekonanie o proniemieckiej polityce Donalda Tuska i jego ludzi. Przekonanie, dodajmy, całkowicie uzasadnione.