Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski,
07.05.2022 12:00

Bezwład europejski

Na kolejną debatę o Polsce Parlament Europejski wybrał sobie 3 maja. Oburzyło to, całkiem słusznie, kilkoro polityków prawicy, jednak należy docenić pewien postęp. W poprzedniej kadencji o praworządności w Polsce dyskutować chciano np. 13 grudnia.

Stosownością daty nikt tym razem się nie przejmował. Samą debatą chyba też niespecjalnie, skoro odbyła się przy niemal pustej sali. Nie zmienia to faktu, że Unia o wiele więcej determinacji wykazuje wtedy, gdy trzeba pilnować Polaków, niż wtedy, gdy trzeba im pomóc albo gdy trzeba postawić się Rosji. Kolejny tydzień wojny to nadal pokaz bezsilności i hipokryzji.

Sankcje na przeczekanie

Sankcje ogłoszone przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen brzmią najpoważniej z dotychczasowych. Mamy w nich i wyłączenie Sbierbanku z międzynarodowego systemu SWIFT, i odejście od rosyjskich paliw – a więc dwie rzeczy, które Rosjan mogą naprawdę zaboleć. Propozycje te zgodne są również z postulatami Polski, słowem, same dobre wiadomości.

Jednak wystarczy wejść w szczegóły, by zobaczyć, że sprawa wygląda gorzej. Embargo na ropę miałoby wejść w życie za pół roku, na produkty ropopochodne zaś jeszcze później. Co więcej, aby przekonać kraje w sposób szczególny zależne od dostaw z Rosji, dla kilku państw zaplanowano dłuższy czas na odejście od sprowadzonego stamtąd paliwa. Wśród tych krajów są – co w szczególny sposób komplikuje sprawę dla Polski – wszystkie oprócz nas państwa Grupy Wyszehradzkiej; nie tylko Węgry, także Słowacja i Czechy, przy czym ten ostatni kraj nie wnosił o wydłużenie zgody na kupowanie paliwa na dwa lata, a jedynie o bardziej elastyczne potraktowanie ewentualnego złamania sankcji.

Co jednak oznacza termin półroczny? Trzeba być bardzo naiwnym, by wierzyć, że chodzi tylko o płynne przejście unijnych gospodarek na inne źródła. Jest niemal pewne, że Niemcy (i ich partnerzy) po cichu mają nadzieję, że w ciągu sześciu miesięcy może zdarzyć się coś, co pozwoli wrócić do prowadzenia biznesu po staremu. Z następcą Putina, a może i z tym samym Putinem. Unii chwały nie przynosi też to, że te mocne działania wobec Moskwy pojawiają się dopiero w szóstym pakiecie.

Jednak nawet sama zapowiedź sankcji nie przesądza jeszcze o niczym. Państwa, które najbardziej zależą od rosyjskiego paliwa, nie zostały bowiem przekonane, że nawet dłuższy okres na energetyczne usamodzielnienie się na pewno wystarczy. Chodzą słuchy, że sankcji, które muszą być przyjęte jednogłośnie, może w ogóle nie być.

Paneuropejskie listy wyborcze do PE

Pod koniec kwietnia odbyła się „konferencja na rzecz przyszłości Europy”, w której udział brali przedstawiciele Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej oraz organizacje pozarządowe, a nawet losowo wybrani obywatele państw Unii. O wydarzeniu tym polscy odbiorcy najwięcej usłyszeli przy okazji opuszczenia go z hukiem przez przedstawicieli frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, współtworzonej przez PiS. Ustalenia i sposób do ich dojścia oprotestowała również druga prawicowa frakcja w PE.

Choć w dokumentach programowych i konkluzjach mowa jest o „powrocie do idei ojców założycieli Unii”, ten dokonać ma się przez dalszą unifikację. Starannie wybrani uczestnicy i eksperci przedstawili wizje Europy, w której wszystkie dzisiejsze bolączki mają zostać podniesione do kwadratu. Wśród propozycji zjazdu pojawiły się m.in. obniżenie wieku uzyskania praw wyborczych do 16 lat, a także zmiany reguł w wyborach do PE, w których listy krajowe zastąpiono by paneuropejskimi. Jak w takiej sytuacji zapewnić reprezentację słabszym stronnictwom z mniej ludnych państw? Czy chodzi właśnie o to, by jej nie zapewniać?

Propozycje konferencji wywracają do góry nogami zarówno traktaty, jak i lokalne procedury wyborcze; muszą być jednak muzyką dla uszu liberałów, którzy uważają się za głównego gospodarza tego przedsięwzięcia. Na jego zamknięciu wystąpi prawdopodobnie sam Emmanuel Macron. To spotkanie, sposób jego przeprowadzenia i konkluzje są mocno niepokojące, jednak sytuacja polityczna, opisana wyżej, jeszcze bardziej potęguje zagrożenia z nich płynące.

Państwa narodowe bez realnego wpływu

Choć polityczna praktyka pokazuje coś zupełnie innego, jesteśmy wciąż przekonywani, że receptą na większość dzisiejszych kłopotów, z wystawieniem krajów Europy na bandycką politykę Rosji włącznie, ma być pogłębienie procesów integracji i dalsza rezygnacja z kompetencji państw narodowych.

Na podwórku krajowym możemy to zaobserwować w wypowiedziach tych polityków opozycji, którzy uważają, że kryzys to dobry moment, by przełamać impas w relacjach z UE, jednak jako rozwiązanie proponują jedynie bezwarunkową kapitulację – a więc uznanie kompetencji unijnych elit w kwestiach, w których nie przyznają im traktaty.

Sama konferencja natomiast postuluje odejście od mechanizmu weta w Unii. I, obawiam się, ta koncepcja ma największe z wymienionych tu już pomysłów szanse na realizację. Już wcześniej bowiem część eurokratów postulowała zniesienie mechanizmu jednomyślności w odniesieniu do polityki zagranicznej Unii, argumentując to właśnie ryzykiem blokowania sankcji na prowadzące agresywną politykę kraje przez te spośród państw Unii, mające z nimi silne więzy gospodarcze.

Dziś widzimy, jak to ryzyko faktycznie się sprawdza. Czy jednak ma to sprawić, że rezygnujemy z ostatniego już chyba mocnego narzędzia nacisku państw narodowych na unijną biurokrację?

Rządy eurobiurokracji

Biurokracja ta, wraz ze swoim zapleczem politycznym, czyli parlamentem i KE, jest tymczasem mało skuteczna, za to bardzo selektywna w swoich działaniach. O tym, z jakimi opóźnieniami i problemami spotykają się sankcje na Rosję, już wiemy. Dużo większą determinację struktury te wykazują, gdy trzeba ukarać niepokorne w ich mniemaniu państwo, takie jak Polska niekwapiąca się do rezygnacji z własnych zasad i uprawnień, które po wejściu do Unii miały być nam przecież i przez nią samą gwarantowane.
Unia odmawia nam pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy, o czym tym razem nie będę już pisać, ale idzie dalej, odmawiając nam – i nie tylko nam – środków na wydatki związane z przyjęciem ukraińskich uchodźców. Budzi to tym większe oburzenie, ponieważ wciąż pamiętamy, jak chętnie i bezwarunkowo Unia spełniała wszelkie życzenia Turcji Erdoğana, gdy ta przyjęła na siebie ciężar powstrzymania (i utrzymania) poprzedniej fali uchodźców. Ponieważ jednak wówczas chodziło o ludzi z państw Afryki i Bliskiego Wschodu, pojawia się pytanie o motywacje Unii. Czy przypadkiem ta pełna tolerancji i wszelkich liberalnych cnót struktura nie kieruje się tu aby kryterium pochodzenia, którego nie powinna, w myśl głoszonych przez siebie zasad, w ogóle dostrzegać? Niezależnie od tego, czy Europa nie kwapi pomagać Ukraińcom, ponieważ są zbyt podobni kulturowo do jej mieszkańców, czy pomagała Erdoğanowi, obawiając się zalewu osób wywodzących się z zupełnie innego środowiska i wyznających inne zasady, zaczyna wyglądać to na rasizm unijnych urzędników.

Finansowy bezwład i uprzedzenia, również wobec Polski i Europy Wschodniej, nie są kuszącą perspektywą ani argumentem za pozbywaniem się resztek suwerenności. Zwłaszcza że w nowej Unii na koniec znów wzrośnie rola Niemiec, w najlepszym razie trochę równoważona wpływami Francji. Usłyszymy zapewne, że to właśnie zagwarantuje nam mocną pozycję w starciu z Rosją. Tak jakby akurat liderzy tych dwóch państw tak bardzo chcieli się z Rosją bić.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane