W tej jednej sprawie bowiem obowiązują bez zmian SMS z pierwszych minut po katastrofie i raport Anodiny. Przyznanie, że było inaczej, pociągnęłoby za sobą wiele innych konsekwencji i następnych pytań o rolę polskich polityków i motywację ich działań. Wygodniej jest więc przyjąć, że choćby w setkach innych spraw Rosja pobrudziła ręce po łokcie, w tym jednym przypadku jest czysta.
W roku 2022 musieliśmy więc przeżyć na nowo kwestionowanie kolejnych ustaleń, podważanie sensu zamordowania Lecha Kaczyńskiego i innych przedstawicieli polskich elit, wreszcie, choć może już w trochę mniejszym niż wcześniej natężeniu dehumanizujące ofiary żarty. Nerwowość drugiej strony zyskuje zresztą nowe podstawy, ponieważ z przerażeniem musi sobie ona uświadamiać, że specyficzna polityczna poprawność, jaka przez lata w imię spokoju możnych tego świata narosła wokół Smoleńska, nagle przestaje obowiązywać.
Jeśli nawet nie u nas, to za granicą, a to przecież dla nich jeszcze gorsze. O Smoleńsku jako zamachu wprost mówią Ukraińcy. Zarówno ci, którzy znaleźli się w Polsce i o których spokój tak drżeli wychowankowie „Gazety Wyborczej”, gdy 10 kwietnia rano zawyły syreny. Gdy tłumaczyliśmy im powód tego dźwięku, wiedzieli, co trzeba uczcić, a o przyczynach dramatu mówili więcej i odważniej niż niejeden z nas. Ale przecież nie tylko oni, również ich przedstawiciele, wysocy i najwyżsi rangą, od ambasadora, do prezydenta. Co zresztą nasza opozycja próbuje dość obrzydliwie racjonalizować sobie chęcią przypodobania się Polakom.
Ostatnio jednak również Christopher Miller, były sekretarz obrony Stanów Zjednoczonych, mówił, że polska delegacja została zamordowana przez Putina. I jak to zignorować, jak zdyskredytować? Amerykański emerytowany wojskowy nie musi się raczej nikomu nad Wisłą podlizywać. Przez lata jednak czynniki zagraniczne, choć swoje wiedziały, nie za bardzo chciały w cudze sprawy wchodzić, zwłaszcza że miały przecież bardzo mocne usprawiedliwienie tej bierności – postawę samych polskich władz przed rokiem 2015.
Najpierw straciliśmy poważną część naszych elit (a i dziś, choć mamy przecież mocną drużynę, bylibyśmy zapewne w jeszcze lepszej sytuacji, mając w zasobie kadrowym tych straconych wówczas młodych i ambitnych państwowców), później czas i szanse na odkrycie prawdy.
Czy przy okazji odkrywania świeżych zbrodni wojennych, pomimo oporu tak wielu z nas, odkryjemy również i tę sprzed 12 lat?