Większe siły w ofensywie
Kiedy wszystkie oczy zwrócone są na Amerykę, gdy symbolem nadziei dla prawicowców staje się słusznego wieku polityk – duchem i umysłem wciąż młody – warto zadać pytanie, jaki jest potencjał sił mu przeciwnych.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
Kiedy wszystkie oczy zwrócone są na Amerykę, gdy symbolem nadziei dla prawicowców staje się słusznego wieku polityk – duchem i umysłem wciąż młody – warto zadać pytanie, jaki jest potencjał sił mu przeciwnych.
To jedna z bajek Andersena. Kroczył dumnie wśród świty i gapiów, udając, że ma na sobie wspaniałą kreację. Widzowie cmokali z zachwytem. Ale jedno dziecko wyrwało się z posłusznie zachwyconego tłumu z okrzykiem: „Cesarz jest nagi!”.
Niejeden Polak, patrząc dziś na twarze przedstawicieli rządu, ma wrażenie, że wszystko jest w porządku. Mają garnitury, krawaty, są ogoleni. W czym problem? Przecież to ludzie kulturalni, na poziomie. Przypomina się film „Wystarczy być” Hala Ashby’ego, w którym ten reżyser pokazał, jaką karierę polityczną robi przypadkowo odkryty na ulicy podczas wypadku niepełnosprawny umysłowo ogrodnik, którego tożsamości nie można było ustalić.
Co jest najciekawsze w rocznicach? To, że prowadzą nas do wydarzeń, które choć zostały za nami, potrafią przemawiać z wielką mocą o sprawach dziś aktualnych. Te dawne wielkie momenty nie są nigdy czymś archiwalnym i anachronicznym, przebrzmiałym i trącącym myszką. O tym mówi rocznica wybuchu II wojny światowej, której pierwszym aktem był atak niemieckich bombowców na bezbronne polskie miasto Wieluń, gdzie dobrze wyszkoleni wojskowi piloci ważnego europejskiego kraju zdobywali odznaczenia za celne trafianie w cywilów. A zaraz potem bohaterska obrona Westerplatte przez garstkę naszych żołnierzy przeciw pancernej potędze.
Jeden z moich znajomych, przedsiębiorca, opowiadając o wakacjach, wspomniał, że był z rodziną „na Mazurach”, ale przy bliższych szczegółach okazało się, że mianem „Mazury” określał zupełnie gdzie indziej położone polskie pojezierze.
Uwięzienie ks. Michała Olszewskiego i przetrzymywanie go w więzieniu bez aktu oskarżenia miało być testem, jak daleko można się dziś posunąć w popychaniu nas wszystkich ku świetlanej przyszłości. Zareagują katolicy i ich hierarchia czy nie? Jeśli nie będą go bronić, to znaczy, że ich religia jest w rozkładzie, nie wierzą już, że ksiądz to nie „człowiek jak każdy inny”, ale namaszczony sakramentalnym znamieniem kapłan, którego powołanie i misja wykraczają daleko poza ziemskie cele.
Te słowa wypowiedziane wobec polskich katolików kilkanaście miesięcy temu przez człowieka PO, który obecnie zasiada w rządzie, połączone z dziwnie wówczas brzmiącą groźbą, dźwięczą dziś ponurym echem. Gdy słyszeliśmy po raz pierwszy o „opiłowywaniu katolików”, wyglądało to na kiepski żart kogoś, kto nie panuje nad językiem. Brzmiało niesmacznie – i surrealistycznie.
Jak w ogóle mogło do czegoś takiego dojść? Jak iluzoryczne okazały się zabezpieczenia podczas wystąpienia kandydata na prezydenta najpotężniejszego kraju świata? Kraju, który ma w historii kilku najważniejszych ludzi polityki, którzy zginęli z rąk zamachowców.
Wszyscy są dziś „zszokowani”. Mnożą się raporty o kolejnym zdziwieniu polityków i ekspertów na wieść o następnej kuriozalnej decyzji ekipy rządzących. A przecież ci ludzie i ich posłuszne narzędzia wykonują tylko metodycznie swój plan. Wykuty pracowicie w kuźniach postępu, zapewne nie wczoraj.
Nie rejestrujemy ich na co dzień, wydają się czymś banalnym. Co w nich nadzwyczajnego? Dopiero kiedy są „ekstremalne”, zauważamy, że pogoda, jej przejawy, jej zmienność, to potężny żywioł, nad którym nikomu nie udało się zapanować.
Angielski pisarz Hilaire Belloc wiedział dobrze, że przypadek Polski jest czymś szczególnym w Europie. Najazd na nią, miażdżenie jej na oczach niemej Europy przez dwie potęgi, to nie odosobniony epizod nowożytnej historii. Miał on głębokie przyczyny – nie polityczne w ścisłym znaczeniu.
Dlaczego tylu Polaków pozostało 9 czerwca w domu? Czy możemy przyjąć, że to en masse ludzie zarazem leniwi i bezwolni? Jeżeli stwierdzili, że kształt przyszłego układu w Parlamencie Europejskim nie ma dla ich życia znaczenia, to warto pokusić się o próbę wyjaśnienia, jaka racja za tym stoi.
Irytują nas naiwność, niefrasobliwość i infantylizm ludzi, którzy zupełnie „nie łapią”, co dzieje się w polityce.
Dziś, gdy europejscy rolnicy zmuszeni są demonstrować przeciwko decyzjom Brukseli, zapominamy często, że ludzie, którzy uprawiają własną ziemię, są zawsze (oprócz Kościoła) największym wrogiem rewolucji. Ich protesty bierze się za partykularną obronę własnych interesów. Andrzej M. Cisek w książce „Kłamstwo Bastylii” przypomina, że ci, którzy znają wieś tylko z filmów, przypisują jej mieszkańcom naiwność: „Chłop, w odróżnieniu od tego, co myślą o nim tak zwani ludzie z miasta, jest wielkim indywidualistą i wie dokładnie, czego chce. A chce bardzo niewiele, bo tylko żyć życiem swych przodków. Z własnego doświadczenia wie, że każda interwencja z zewnątrz, każda nowa idea może zagrozić jego istnieniu, odrzuca ją. Nie pozwala sobie dyktować, co ma robić i jak się zachowywać”.
W bajkach często ta sytuacja się powtarza: bohater jest sam w świecie dziwnym i strasznym, gdzie wszystko jest odwrócone, nienaturalnie odkształcone. Są tam drzewa, których gałęzie zwisają, by go udusić, fantastyczne zwierzęta, różne groźne monstra. Bohater, często dziecko albo ktoś młody, ma na swoją obronę tylko jedną rzecz: tajemne słowo, znak, jakiś drogocenny drobiazg.
Dziwne, że przychodzi nam tak jak podczas zaborów, okupacji sowieckiej i niemieckiej bronić najważniejszego znaku naszej wiary. Dziwne jest także to, że zarówno przeciwnicy krzyża, jak i wielu, niestety, „obrońców” powołuje się przy tym na tolerancję i prawa człowieka. Co krzyż Chrystusa ma z tym wspólnego? Czy bronimy siebie, swojego przywiązania do symboli, czy panowania prawdy w sferze społecznej?
Taki jest tytuł opowiadania Henryka Sienkiewicza z 1882 r. To jeden z najbardziej gorzkich utworów noblisty, historia chłopa z poznańskiej wsi, który jako pruski poddany zmuszony jest wyruszyć na wojnę z Francuzami w 1870 r.
Najbardziej zastanawia fakt, że dziecko niegdyś niechciane okazuje się dzieckiem najbardziej kochanym. Przekonał się o tym niejeden raz. Tu zawodzi cała jego socjologiczna wiedza. Nie pojmuje, jak to się dzieje.
Coraz więcej ludzi ma dziś problem ze zrozumieniem swojego miejsca wśród innych. Dlatego że nie rozumieją, kim są. Jeśli nie wie się, kim się jest, to postrzega się całą rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Nasze czasy niosą piętno tej przypadłości. Żyjemy wśród ludzi, którzy nie są w stanie pojąć tego, co dzieje się wokół nich. Przykłady pijanych i awanturujących się publicznie polityków mówią same za siebie.