Być nikim
Obserwujemy dziwny spektakl. Najważniejszą osobą w państwie chce być ktoś, kto postanowił zrzucić kostium światowca i zamierza przyciągnąć swoją szarą przeciętnością.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
Obserwujemy dziwny spektakl. Najważniejszą osobą w państwie chce być ktoś, kto postanowił zrzucić kostium światowca i zamierza przyciągnąć swoją szarą przeciętnością.
Choć mamy za sobą trudny rok – musieliśmy patrzeć, często bezsilnie, jak niszczony jest dorobek ostatnich lat naszego państwa – to przyniósł on także zwycięstwa. Nie były one tak oczywiste, ale to nie znaczy, że nieistotne.
Prezenty świąteczne to jedna z najmilszych tradycji Bożego Narodzenia. Lubimy je dostawać, ale jeszcze bardziej dawać. Lubimy sprawiać niespodzianki, zaskakiwać pomysłowością, być bezinteresowni, hojni, nawet rozrzutni. Lubimy wydawać się sobie samym lepszymi.
Prezydent Warszawy postanowił stworzyć w centrum stolicy największy na kuli ziemskiej jarmark kolorowych świateł, sztuczny świat. Bo to przecież „Zimowe Święta”, „Święta Choinki” idą! Mamy się radować i fetować, że zimno będzie i Nowy Rok za pasem.
Coraz więcej osób usiłuje dziś potwierdzać swoją egzystencję przez atak na inną osobę. Kąsam, oskarżam, besztam, zaczepiam, oczerniam, więc żyję – przekonują sami siebie, parafrazując słynne powiedzenie Kartezjusza.
Ciemno robi się na nieboskłonie lewicowych mediów w USA – państwowych i prywatnych – blisko, wręcz rodzinnie związanych z celebrytami. Blask roztaczany na ekranach przez gwiazdy kina, rozrywki i sportu gwałtownie blednie i szarzeje, idą ciężkie dni.
Moja znajoma, z zawodu krawcowa, powiedziała mi, że lubi Donalda Trumpa, choć jest trochę dziwny. Dopytywana dlaczego wyznała, że mówi i zachowuje się w sposób odbiegający od zwyczajów obowiązujących na najwyższych piętrach władzy, znanych z mediów.
Pierwszy i drugi listopada – te dni w Polsce są czymś unikalnym na tle świata. Jako katolicy mamy obowiązek modlić się za zmarłych, ale cmentarze stają się celem masowych pielgrzymek także z silnej wewnętrznej potrzeby odczuwanej przez miliony ludzi.
Ubiegły piątek przyniósł odpowiedź na wiele pytań, które stawialiśmy sobie przez ostatni rok. Pytań o sens tego, co dotknęło nasze państwo. Choć nie nastąpiła zmiana władzy, Sejm się nie rozwiązał, nikt nie podał się do dymisji, nikt nie uderzył się w piersi, to coś się w sposób nieodwracalny zmieniło.
W mediach lewicowo-liberalnych na obu półkulach powiało grozą. Donald Trump może wygrać wybory pomimo wysiłku tysięcy szczerych, oddanych towarzyszy, którzy nie szczędząc własnej krwawicy, usiłują go od napaści na Biały Dom powstrzymać.
Sytuacja, która miała miejsce w polskim Sejmie 16 października, jest klasycznym przykładem czegoś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. W wolnym państwie nie powinno się zdarzyć, by przemówienie prezydenta państwa zostało „przykryte” agresywnym bełkotem kolejnego mówcy.
Mało która władza może się wylegitymować tak doskonałym w skondensowaniu treści dowodem tożsamości: kim jesteśmy, skąd przybywamy i dokąd zmierzamy.
Gdy sami wymyślamy znaczenia słów – jak ma to dziś miejsce w politycznie usłużnych kręgach prawniczych – kiedy podstawowe pojęcia z tej dziedziny mają znaczyć coś zupełnie innego, niż znaczyły zawsze, gdy nagie fakty przeczą deklaracjom ministrów, marszałków i samego premiera, gdy niezależna opinia musi ciągle coś prostować, coraz więcej osób z ekipy rządzącej ma podstawowe kłopoty z wysławianiem się, to oznacza jedno.
Gdy bóbr z twojego najlepszego przyjaciela staje się twoim najgorszym wrogiem. Gdy to samo przydarza się wilkowi – wtedy najlepszym porównaniem do metod rządzenia w kraju przez ludzi, którzy w pięć sekund są w stanie odwrócić kota ogonem, byle nie powiedzieć prawdy, jest zabawa dzieci na podwórku.
Kiedy wszystkie oczy zwrócone są na Amerykę, gdy symbolem nadziei dla prawicowców staje się słusznego wieku polityk – duchem i umysłem wciąż młody – warto zadać pytanie, jaki jest potencjał sił mu przeciwnych.
To jedna z bajek Andersena. Kroczył dumnie wśród świty i gapiów, udając, że ma na sobie wspaniałą kreację. Widzowie cmokali z zachwytem. Ale jedno dziecko wyrwało się z posłusznie zachwyconego tłumu z okrzykiem: „Cesarz jest nagi!”.
Niejeden Polak, patrząc dziś na twarze przedstawicieli rządu, ma wrażenie, że wszystko jest w porządku. Mają garnitury, krawaty, są ogoleni. W czym problem? Przecież to ludzie kulturalni, na poziomie. Przypomina się film „Wystarczy być” Hala Ashby’ego, w którym ten reżyser pokazał, jaką karierę polityczną robi przypadkowo odkryty na ulicy podczas wypadku niepełnosprawny umysłowo ogrodnik, którego tożsamości nie można było ustalić.
Co jest najciekawsze w rocznicach? To, że prowadzą nas do wydarzeń, które choć zostały za nami, potrafią przemawiać z wielką mocą o sprawach dziś aktualnych. Te dawne wielkie momenty nie są nigdy czymś archiwalnym i anachronicznym, przebrzmiałym i trącącym myszką. O tym mówi rocznica wybuchu II wojny światowej, której pierwszym aktem był atak niemieckich bombowców na bezbronne polskie miasto Wieluń, gdzie dobrze wyszkoleni wojskowi piloci ważnego europejskiego kraju zdobywali odznaczenia za celne trafianie w cywilów. A zaraz potem bohaterska obrona Westerplatte przez garstkę naszych żołnierzy przeciw pancernej potędze.
Wielka mowa sędziego Zbigniewa Kapińskiego, prezesa Izby Karnej Sądu Najwyższego, stała się w Polsce takim przebojem, bo ów sędzia prawidłowo posługiwał się językiem polskim, stosował rozróżnienia, oddzielał cywilizacje, dokonywał właściwych porównań. Próby rozchwiania systemu prawa zostały przez niego ukazane w jaskrawym świetle. Poraziło ono niektórych zwolenników obozu władzy.