Historia nie jest dziełem przypadków, pojedynczych decyzji wybitnych jednostek. Jest raczej dziełem długotrwałych procesów, takich jak wzrost czy erozja. Przywódcy, nawet najwybitniejsi, nie są demiurgami dowolnie kształtującymi los swych narodów. Mogą za to dostrzec i opisać pewne procesy oraz je przyśpieszyć lub spowolnić. Ronald Reagan może nie pokonał w pojedynkę Związku Sowieckiego, ale umiał dostrzec jego erozję i swą polityką znacznie ją przyśpieszył. W efekcie nowe pokolenia Polaków nie musiały doświadczać na swej skórze ciężaru PRL. Dziś zaś to Polska może oszczędzić kilku pokoleniom innych narodów wielu nieszczęść. Więcej, Polska może przyśpieszyć nadejście dobrobytu dla innych narodów, co sprawi, że doświadczą go może już obecne pokolenia.
Wystarczy, że nasz kraj, jego przywódcy, a w zasadzie cała klasa polityczna podejmą odpowiednie decyzje. Wszelkie dane ku temu już mamy.
Współpraca polsko-niemiecka jest raczej historyczną anomalią. Interesy naszych krajów są po prostu sprzeczne. Zawsze, kiedy Niemcy miały się dobrze, Polska miała się gorzej. Kiedy zaś Niemcy słabły, Polska była silniejsza. Okresy współpracy były raczej krótkie. Tak jak ten po 1989 r., który właśnie się kończy. Kończy się, gdyż Warszawa i Berlin mają niemal w każdym punkcie polityki europejskiej sprzeczne interesy. Polska potrzebuje Rosji upadłej, Niemcy Rosji silnej. Polska potrzebuje znaczącej obecności Amerykanów w Europie, Niemcy ich wycofania się z naszego kontynentu. Niemcy chcą pogłębić integrację europejską, dla Polski byłoby to fatalne. Niemcy chcą utrzymać Polaków w zależności od siebie. My zaś, by się rozwijać, musimy się z tej zależności za wszelką cenę wydostać. Niemcy chcą zatrzymać świat takim, jaki jest obecnie, na jak najdłużej. Polacy potrzebują zmiany.
Problemem Niemiec jest to, że są one po prostu za duże na Europę. Ich wielkość zawsze będzie wymuszała na nich prowadzenie kolejnych prób zdominowania kontynentu. Zawsze jednak będą one napotykać dwie przeszkody. Francję na zachodzie i Polskę na wschodzie. Te dwa kraje także zawsze były zbyt duże, by dać się podporządkować Niemcom, jak np. Czechy. Z Francją i Polską Niemcy prowadziły wiele wojen, jednak przez ostatnie 300 lat Polska znalazła się pod dominacją i rządami Rosji. Ten czas już się na szczęście skończył. Polska nie jest już pod wpływem Rosji. I wszystko wskazuje na to, że spod jej wpływu uwolni się Ukraina, a nawet Białoruś. A to fatalna wiadomość dla Niemiec. Bo właśnie kończy się ich ekspansja na wschodzie. Jak szybko do tego dojdzie, to zależy od Polaków.
Nie ulega wątpliwości, że Europa jest dzisiaj pod butem Niemców. Nie jest to może już tak ciężki bucior, jak bywało w historii, wciąż jednak niemiecka dominacja jest nieznośna. Polityka Europejskiego Banku Centralnego, Komisji Europejskiej, całej UE podporządkowana jest Niemcom. A przede wszystkim temu, żeby Niemcy mogły produkować, a cała Europa kupować ich produkty, i żeby Niemcy na tym zarabiały. Nie tylko wtedy, gdy inni Europejczycy kupują mercedesy i volkswageny, lecz kiedy zaciągają na nie kredyty w niemieckich bankach. A olbrzymim wsparciem dla niemieckiej dominacji jest Rosja. Dostarcza ona Niemce tanie surowców, aby ich produkty były w konkurencyjnych cenach. W zamian za to Niemcy krok po kroku wymuszają na Europie poprzez politykę klimatyczną uzależnienie od surowców z Rosji. Dodatkowo, Niemcy przez lata technologicznie wspierały Rosję.
Wygląda na to, że dotychczasowa niemiecka polityka się załamuje. Rosja właśnie weszła w wojnę, której wygrać nie może. Efektem będzie przynajmniej odcięcie Rosji od Zachodu, jeśli nie upadek tego państwa. A to będzie oznaczało znaczące osłabienie Niemiec. Surowce rosyjskie albo będą tak samo drogie dla wszystkich (jeśli Rosja będzie odcięta), albo tak samo tanie dla wszystkich (jeśli Rosja upadnie). Niemcy stracą więc przewagę kosztową dla swojego przemysłu. W związku z tym Niemcy zabiegają, aby porażka Rosji była jak najmniejsza. Opóźniają i blokują odcięcie Rosji od Europy, a jednocześnie wsparcie dla Ukrainy, aby uchronić Rosję przed przegraną. Jednak Niemcy i tak przegrają tę batalię. I tak stracą rosyjską kroplówkę, a wraz z nią lewar na resztę Europy. Pytanie tylko, czy stanie się to prędzej, czy później.
Ogromną rolę w osłabieniu dominacji Niemiec musi odegrać Polska. Ma tu dwie możliwe drogi. Pierwsza to tworzenie jak najszerszej koalicji państw chcących osłabienia Niemiec. Przeciw Niemcom mogą zjednoczyć się wszyscy, dla których niemiecki przemysł stanowi konkurencję. W tej koalicji znajdą się więc zarówno Amerykanie, jak i Francuzi czy Włosi. Wszyscy oni chcą, aby to ich fordy, peugeoty i fiaty były kupowane zamiast niemieckich volkswagenów. Muszą więc zgodzić się na polskie propozycje, aby maksymalnie obniżyć poziom importu rosyjskich surowców do Europy i utrzymać go do czasu, gdy o cenach rosyjskiego gazu i ropy nie będzie decydował Putin, lecz rynek (kiedy upadnie imperialna Rosja). Wtedy Niemcy nie będą mogły skorzystać ze „specjalnych relacji” z Moskwą i staną się mniej konkurencyjne.
Drugim sposobem jest wytrącenie z rąk Niemców oręża narracji ekologicznej. To będzie trudniejsze niż tworzenie wspomnianej koalicji dyplomatycznej. Dzisiaj bowiem Niemcy wykorzystują ekologię, aby uzależnić Europę od surowców rosyjskich, a tym samym jak najdłużej utrzymywać, dzięki specjalnym relacjom z Putinem, swoją przewagę kosztową nad innymi. Polska zaś musi przejąć narrację ekologiczną. Musimy więc przekonywać wszystkich, że dla ratowania planety powinniśmy przestać kupować gaz i ropę z Rosji. Czy z powodu zmian klimatycznych, niezależnie od faktycznej ich przyczyny, czy dbałości o środowisko, postulat ograniczenia w miksie energetycznym udziału węglowodorów jest nośny. Nie ma jednak powodu, żeby przy okazji nie doprowadzić do zrujnowania Putina. Musimy sami stworzyć realną wizję zielonej Europy, opartej nie na rosyjskim gazie, ale np. na energii atomowej, co może się spodobać Francuzom.
Polska ma ważne zadanie w Europie. Musimy rozbić sojusz niemiecko-rosyjski, który dusi nasz kontynent. Musimy doprowadzić do tego, aby nie tylko Putin nie miał pieniędzy, by kogokolwiek zaatakować, lecz także do tego, aby nie mógł on wspierać Niemiec w ich dominacji gospodarczej nad Europą. Musimy doprowadzić do tego, aby gospodarki francuska, włoska czy polska mogły konkurować z gospodarką niemiecką. Żebyśmy nie zostali sprowadzeni do roli podwładnych Niemców, którym oni zlecają gorzej płatne prace. Polska może mieć zasadniczy udział w tym, że kolejne pokolenie młodych Europejczyków zazna niskiego bezrobocia i wysokich płac. W ten sposób możemy przynieść dobrobyt nie tylko Polakom, lecz także innym narodom.
Żeby jednak dokonać dzieła osłabienia sojuszu niemiecko-rosyjskiego dla dobra Europy, musimy zrobić wcześniej ważną rzecz w samej Polsce. Musimy pozbyć się germanofilii w szeroko pojętych elitach. Najważniejsze zadanie oczywiście przed opozycją. Rafał Trzaskowski, Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz i Włodzimierz Czarzasty muszą wyrzucić z polskiej polityki Donalda Tuska. Ale i po prawej stronie sceny politycznej jest wiele do zrobienia. Trzeba zrobić przegląd kadr i zastanowić się, czy ktoś przypadkiem nie działa w interesie Niemiec (który jest przecież sprzeczny z interesem Polski), nawet jeśli twierdzi, że robi odwrotnie.