Nie ma granic w demolowaniu praworządności
Kasta sabotuje reformę sądownictwa, podkłada miny pod naszą podmiotową obecność w UE, a nawet stara się osłabiać nasze możliwości obronne na granicy.
Kasta sabotuje reformę sądownictwa, podkłada miny pod naszą podmiotową obecność w UE, a nawet stara się osłabiać nasze możliwości obronne na granicy.
Jeśli komuś wydawało się, że historia w naszej części świata nieco przysypia i toczy się powolnym rytmem, to najwyższy czas zrewidować ten pogląd.
Wygląda na to, że Łukaszenka przegrał bitwę z Polską. Na granicy robi się spokojniej, a wielu imigrantów wraca do domów. Musimy jednak pamiętać, że była to jedna z pierwszych bitew nowego, światowego konfliktu.
13 grudnia 1981 r. miałem 18 lat i byłem studentem pierwszego roku historii na Uniwersytecie Wrocławskim (noszącym wtedy imię… Bolesława Bieruta). Działałem w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów i nie tylko, bo w ramach szalejącej w latach 1980–1981 na polskich uczelniach demokracji – takiej nie było nigdy wcześniej i nigdy później! – wybrano mnie na delegata na Ogólnopolski Zjazd Komitetów Strajkowych.
W dokumencie Komisji Europejskiej dotyczącym „komunikacji inkluzywnej” najbardziej rozśmieszyło mnie ocenzurowanie imion Jan i Maria jako zbyt nacechowanych religijnie i postulat zastąpienia ich Juliuszem i Maliką.
W opisie społecznych skutków stanu wojennego zazwyczaj przywołuje się liczby ofiar śmiertelnych, internowanych i więzionych. Mówi się o niezliczonych wyrzuconych z pracy. Także o milionie tych, którzy wyemigrowali, nie widząc dla siebie perspektyw w kraju – w większości młodych, wykształconych, ponad przeciętną przedsiębiorczych.
W IPN jest notatka Czesława Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW, dotycząca pierwszego roku funkcjonowania stanu wojennego. Padają w niej liczby: od stycznia do listopada 1982 r. junta rozbiła ponad 400 demonstracji, w ich trakcie zatrzymano 13 tys. ludzi, było 15 ofiar śmiertelnych.
Manifestacje przed willą Jaruzelskiego przy Ikara były po to, by przywrócić podział na elementarne dobro i zło w polskim życiu publicznym. Takie zwyczajne, robotnicze, najprostsze, nie żadne mieszanie ludziom w głowach ideologiami.
Tak się efektownie nazywał jedyny hollywoodzki film ekscentrycznego brytyjskiego geniusza kina Kena Russella, ale nie chodzi mi o przedstawiony tam eksperyment w duchu SF, wyzwalający w człowieku podkłady doświadczeń z okresu jaskiniowego. Uderzyła mnie trafność tego tytułu w odniesieniu do naszego polskiego, na pozór równie tajemniczego zjawiska całkowicie odmiennego postrzegania rzeczywistości przez żyjące w tym samym kraju, a kompletnie sobie obce grupy – społeczne? Ideowe? W obliczu 40. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego odtwarzam w pamięci powszechne wówczas odczucie, że ci, którzy w interesie Kremla i własnej bandy wzięli się za mordowanie „Solidarności”, nie mają nic wspólnego z nami, Narodem Polskim.
Kiedy 13 grudnia 1950 roku na rozkaz dyrektora Departamentu Śledczego MBP, płk. Józefa Różańskiego, gen. August Emil Fieldorf został osadzony w katowni przy ul. Rakowieckiej, śledztwo – za zgodą naczelnika Wydziału Śledczego MBP ppłk. Ludwika Serkowskiego – przejął ppor. Kazimierz Górski.
Prowokacja – zwłaszcza ta organizowana przez służby specjalne – przebiega zawsze w kilku etapach. Dotychczas opisałem najbardziej podstawowe działania prezydenta Rosji i sprzymierzonego z nim prezydenta Białorusi. Warto jednak zatrzymać się na kolejnych etapach destrukcyjnej akcji, która ma wpłynąć na osłabienie polskiego państwa i skłócenie go z całym jego otoczeniem.
No, nie Jałta, ale Soczi, i bez uścisków, bo na odległość. I „Wujaszek Joe”, jak Amerykanie zwali Stalina, tym razem po drugiej stronie. Ale sens tych wydarzeń, oddzielonych ośmioma dekadami, jest niestety porównywalny: w Jałcie pod koniec czwartej kadencji dożywający swych dni Franklin Delano Roosevelt nawet nie sprzedał, ale oddał Sowietom za frajer pół Europy; a dziś zramolały już na początku pierwszej i daj Boże ostatniej, zgodnie z zapowiedzią, kadencji Joe Biden daje Władimirowi Putinowi zgodę na przywrócenie tego stanu rzeczy. Niby chodzi o niewtrącanie się Zachodu w „wewnętrzne” sprawy Rosji, czyli podbój Ukrainy, ale najwyraźniej w tle jest bierność wobec próby ponownego uczynienia z Europy Wschodniej rosyjskiej strefy wpływów.
To nie jest najlepszy czas dla Europejskiej Partii Ludowej. EPL już w ostatnich wyborach do PE wypadła słabiej niż zazwyczaj, choć zachowała swą pozycję największej siły politycznej tego gremium. Polityka europejska jednak się zmienia, choć nie jest to proces jednokierunkowy. Nawet odwrotnie, można dopatrzyć się w nim, o zgrozo, pewnej dialektyki. Jeśli porównać wyniki wyborów do parlamentu Europejskiego z 2014 i 2019 roku widać osłabienie chadecji i socjaldemokracji, przy dużym wzroście znaczenia liberałów i trochę mniejszym, lecz również znaczącym, zielonych.
Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko. Ta prosta prawda dotyczy także polityki, i to nawet w kraju, który jest tak głęboko podzielony partyjnie, że ignorowanie błędów własnej strony uchodzi za zasługę, a ich wskazywanie za zdradę. I niestety ta refleksja pojawia się także, gdy śledzi się politykę, zarówno prawną, jak i informacyjną, dotyczącą pandemii COVID 19.
Po 16 latach zakończyła się era Angeli Merkel. Pobiła niemiecki rekord wszechczasów – rekord swojego mentora, którego potem politycznie uśmierciła – kanclerza Helmutha Kohla, który też cztery razy wygrał wybory, jak później Merkel, ale jednak ostatniej, czwartej kadencji, już nie zakończył. W Europie – poza koronowanymi głowami – tylko Łukaszenka rządzi dłużej. No, może jeszcze Putin, tyle że on jednak formalnie przeskakiwał z funkcji prezydenta na funkcję premiera i z powrotem – a więc nie ma tego, co ma białoruski prezydent i niemiecka kanclerz – ciągłości władzy.
Fryderyk Nietzsche wołał: „Zaklinam was, bracia moi, dochowajcie wierności ziemi, a nie dawajcie wiary tym, którzy mówią wam o nieziemskich nadziejach! Truciciele to są, czy wiedzą o tym, czy nie”.
Unia Europejska ogłosiła pakiet Fit for 55, czyli zestaw unijnych przepisów dotyczących klimatu. Zakładają one redukcję emisji gazów cieplarnianych w UE na 2030 r. do 55 proc. i obejmą sektor paliwowy, elektroenergetykę, przemysł, transport, budynki (w zakresie ogrzewania), a nawet użytkowania gruntów i leśnictwa.
Sprawa korupcji w TSUE, a przynajmniej to, o czym dowiedzieliśmy się dzięki tekstom „Libération”, to jest czubek góry lodowej. Wygląda na to, że mamy do czynienia z powiązaniami o charakterze stricte mafijnym, i to na szczytach władzy Unii – chodzi o byłego przewodniczącego Komisji Europejskiej, byłego prezesa Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, obecnego przewodniczącego Trybunału Sprawiedliwości UE.