Braun z Michnikiem
Jak widać, współpraca środowisk związanych z Uśmiechniętą Polską z ludźmi od Brauna staje się coraz bardziej ostentacyjna.
Jak widać, współpraca środowisk związanych z Uśmiechniętą Polską z ludźmi od Brauna staje się coraz bardziej ostentacyjna.
Oczy całej Europy zwrócone są na to, co dzieje się w hiszpańskiej Ceucie. Ciężko się dziwić.
Wyniki ostatniego sondażu badającego opinie Polaków na temat stanu służby zdrowia są dla obecnej władzy miażdżące. Prawie 80 proc. respondentów uznało, że rząd źle sobie radzi z obecną sytuację. Jednocześnie badanie to pokazało, że ponad 40 proc. wyborców KO jest przekonanych, że władza skutecznie reaguje na ten kryzys.
Głosowanie nad nowym rzecznikiem praw obywatelskich było kolejnym obrazem fundamentalnego pęknięcia naszego państwa. Starciem między Polską Giertycha i jego ludzi a Polską Borowskiego oraz jego przyjaciół.
Niedawno wraz z Wojciechem Muchą, Jakubem Maciejewskim, a także ogółem TV Republika zostałem wciągnięty na listę proskrypcyjną stworzoną przez Witolda Gadowskiego prezentującą „czołowych propagandystów Ukrainy”. Co konkretnie kolega Witek miał na myśli, trudno stwierdzić.
Rada Warszawy, głosami radnych KO, przyznała tytuł honorowego obywatela stolicy redaktorowi naczelnemu „Gazety Wyborczej”, Adamowi Michnikowi. Pomijając kwestię tego, czy w ogóle człowiek ten powinien otrzymać to wyróżnienie, istotny jest aktualny kontekst polityczny tej „nagrody”. Otóż wręczana jest ona w momencie nawarstwiania się kolejnych kompromitacji tej władzy, z aferą Kacprzyka na czele.
O dziwo nawet radio Tok FM czasem prawdę ci powie. Ostatnio mogliśmy usłyszeć tam mądrości niejakiego Leszczyńskiego (szefa Instytutu Narutowicza; pod tą dumną nazwą kryje się tylko kolejna organizacja zajmująca się realizacją agendy uśmiechniętej Polski). Stwierdził on przy okazji rozmowy o Braunie, że prorosyjskość to rzecz w Polsce nienowa, istniejąca tu od wieków oraz związana z „konserwatyzmem”.
Propaganda Tuska i jego mediów ma na celu jak najgłębszą implementację fatalizmu w polskim społeczeństwie. Widać to szczególnie wówczas, gdy Tusk mówi o Mercosurze czy pakcie migracyjnym. Okazuje się, że nic nie mogliśmy zrobić, że sprawa była już przesądzona, że jedyne, co nam pozostało, to zaufać premierowi, on bowiem dzięki swoim kontaktom ograniczy zagrożenia związane z tymi unijnymi pomysłami.
Ostatnio Witold Zembaczyński raczył się podzielić ze swoimi odbiorcami prawdą, po co rządzi Koalicja Obywatelska. Czy po to, żeby Polakom żyło się lepiej? Żeby Polska była silniejszym państwem? Bez żartów, to są sprawy nieistotne. Nasz guru uśmiechu jasno stwierdził: po to, żeby „zneutralizować Nawrockiego”.
Żurek szuka czegokolwiek, żeby niczym wierny lokaj pokazać swojemu panu, że może być jeszcze użyteczny. Stąd decyzja o zawieszeniu prokuratora Tomasza Janeczka. Czy to wystarczy, żeby zaspokoić oczekiwania Tuska?
Reakcje na przegraną Aleksandra Miszalskiego w referendum pokazują jedno – uśmiechnięta Polska nienawidzi demokracji. Najbardziej denerwuje ją to, że ludziom o innych poglądach niż te sprowadzające się do zachwytu nad Donaldem Tuskiem wolno głosować.
W ciągu właściwie tygodnia Donald Tusk i sprzedane mu media uznały, że zaraz wybuchnie wojna, ale też że niepotrzebni są w Polsce dodatkowi żołnierze z USA. Gdy pojawiły się plotki o przesunięciach, jeśli chodzi o rotację wojsk USA w Polsce, ogłosili, że to wina Karola Nawrockiego i jego sojusznika, tego potwornego Donalda Trumpa.
Operacja „sfałszowane wybory” nie kończy się. Obecna władza i jej politycy, chociaż nie w takiej skali jak rok temu, wciąż podsycają tę skrajnie niebezpieczną dla Polski narrację. Delegitymizują w ten sposób nie tylko demokratycznie wybranego prezydenta Karola Nawrockiego czy uderzają w fundamenty naszego systemu politycznego. Potencjalna destabilizacja, jaka może być skutkiem tego typu propagandy, jest także zagrożeniem dla państwa jako takiego. Wszystko wskazuje na to, że Tusk i jego zaplecze traktują opowieść o „nielegalnie wybranym Nawrockim” jako rodzaj „broni ostatecznej”, której mogą użyć, kiedy naprawdę znajdą się już pod ścianą.
Za PRL-u propagandowe cyngle atakowały dziennikarzy opozycyjnych za pomocą fejków o ich życiu prywatnym. Wymyślali kolejne pornograficzne historie, mające zdyskredytować tych ludzi. Dziś te same prowokacje powtarza uśmiechnięta Polska. Przy tej okazji warto zauważyć niebywałą wprost hipokryzję środowisk, które na co dzień wycierają sobie gęby sloganami o feminizmie. Mówi to wiele o standardach panujących w tych „postępowych” środowiskach - pisze Dawid Wildstein w "Gazecie Polskiej".