Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Dawid Wildstein
27.04.2026 11:00

Zdrowie tylko dla wybranych

Pogłębiający się kryzys w ochronie zdrowia przybiera coraz drastyczniejsze formy. Trwa czarny protest, w którym bierze udział ponad sto szpitali reagujących w ten sposób na zapaść finansową i kolejne ograniczenia dostępu Polaków do leków i diagnostyki. Uśmiechnięty populizm odpowiada na tę sytuację w typowy dla siebie sposób – usiłuje zneutralizować problem, wykorzystując do tego najbardziej obrzydliwą, pełną hejtu propagandę dzielącą społeczeństwo.

Zacznijmy jednak od tego, że żadna władza nie zdołała sobie poradzić z sytuacją w ochronie zdrowia w sposób wystarczający. To jeden z najtrudniejszych dziś obszarów zarządzania państwem, nie tylko zresztą w Polsce, ale właściwie w każdym państwie UE. Z tym, że obecny rząd nie próbuje nawet z obecnym kryzysem walczyć – zamiast tego wykorzystuje obecną patologiczną sytuację do rozkręcenia kolejnej awantury ideologicznej.

Kto ma lepiej?

Niestety, na ten moment taktyka ta przynosi efekty. Mimo tak fatalnej sytuacji, mimo że kryzys w ochronie zdrowia dotyka coraz więcej Polaków, nie widać bezpośredniego przełożenia na sondaże wyborcze. Może Tuskowi nie rośnie, ale też nie spada. Nawet sytuacja z senatorem Tomaszem Lenzem nie uderzyła jakoś specjalnie mocno w koalicję 13 grudnia. Tymczasem mieliśmy do czynienia z niebywałym skandalem – kiedy wielu Polaków zostaje skazanych na formę ekonomicznej eutanazji, czyli na śmierć z powodu braku dostępu do właściwych usług i leków, ważni politycy obecnej władzy stworzyli sobie alternatywny system ochrony zdrowia, aczkolwiek za nasze podatki. Bez kolejek, w którym pacjent traktowany jest z godnością, można znaleźć dla niego czas i pieniądze. Musi zostać spełniony tylko jeden warunek – wspomniany chory musi być człowiekiem władzy. W jaki więc sposób udaje się tej władzy przykryć tak niesamowitą patologię? Żeby zrozumieć, dlaczego rząd Donalda Tuska jak na razie nie ponosi konsekwencji za to, co zrobił ze szpitalami, trzeba się przyjrzeć temu, w jaki sposób dzisiejszy kryzys dotyka różne grupy społeczne w Polsce. Kto dziś najbardziej cierpi z powodu zapaści w ochronie zdrowia? 

Po pierwsze, osoby żyjące w mniejszych miejscowościach, zwłaszcza te wykluczone komunikacyjnie. Dostęp do właściwej diagnostyki oraz leków jest jedno­znacznie skorelowany z tym, z jakiej części Polski jesteś. Po drugie, jest w sposób oczywisty powiązany z zarobkami – osoby lepiej sytuowane mogą swobodniej korzystać z prywatnej służby zdrowia. Ten aspekt życia także łączy się z miejscem zamieszkania. Tam, gdzie jest więcej pieniędzy, tam rośnie rynek prywatnych usług medycznych. Najłatwiejszy dostęp do nich z konieczności będą mieli mieszkańcy wielkich miast. Dodatkowo lepiej sytuowani mieszkańcy wielkich miast, z powodu swoich zasobów i dostępu do rozmaitych form leczenia, w znaczącej większości mogą sobie po prostu pozwolić na regularne badania, co powoduje, że są po prostu zdrowsi i mają mniej styczności z służbą zdrowia, a więc i z jej patologiami. W końcu wielkomiejskie rodziny są z zasady mniejsze, bardziej zatomizowane, rzadziej utrzymują kontakt ze swoimi bliskimi, szczególnie z prowincji.

Pasożytniczy rozwój

Innymi słowy, w obecnej sytuacji głównymi ofiarami kryzysu są ludzie, którzy nie głosują na Tuska. Tymczasem większość wielkomiejskiego i bogatszego elektoratu koalicji 13 grudnia jeszcze nie poczuła na własnej skórze tego, co reszta społeczeństwa. To wszystko powoduje, że na ten moment po Tusku ten problem wciąż spływa. Ta sytuacja to nie przypadek. Uśmiechnięty populizm od początku zdobycia władzy zabezpiecza własny elektorat, niszcząc jednocześnie państwo, jednak w zamian dostając twardą i wierną bazę wyborczą. 

Cofnijmy się trochę w czasie. Niecały rok temu Radio Wnet ujawniło nową strategię „rozwoju Polski”, którą wykonuje rząd. Określała ona główne cele i metody polityki wewnętrznej aż do 2035 r. Pomijając wiele jej kontrowersyjnych zapisów, np. dotyczących migracji, jej najważniejszym elementem było skupienie się na rozwoju wielkich miast, z pominięciem mniejszych miejscowości. Czytamy tam m.in., że zamiarem władzy jest utrzymanie i pogłębienie tzw. policentrycznego rozwoju państwa. Pod tym mądrze brzmiącym terminem kryje się bardzo konkretna strategia polityczna. Polega ona na wzmacnianiu kluczowych ośrodków miejskich, głównie poprzez zwiększenie w nich dostępności usług (zdrowotnych, edukacyjnych i kulturalnych) czy transportu zbiorowego. W teorii tego typu strategia nie musi być zła, jednak dla państwa w takiej sytuacji jak nasze jest ona destrukcyjna. Polska nie dysponuje nieskończonymi zasobami, a wręcz, za tej władzy, z radykalnie kurczącymi się środkami, widzimy więc już, czym tego typu „plany rozwoju” skończą się dla polskiej prowincji. 
Jednak casus obecnego koszmaru w ochronie zdrowia pokazuje nie tylko, jakim zagrożeniem dla Polski jest „policentryczna strategia”, lecz także jej polityczną opłacalność dla Tuska. W ten sposób, odpowiednio dystrybuując środki, władza chroni swoich wyborców przed kryzysami, do których doprowadziła jej polityka. De facto korumpuje własny elektorat. Niszczy też państwo, tworząc sytuacje, w której jedna jego część pasożytuje na drugiej. Dla całości kraju jest to wręcz destrukcyjne, bowiem jego poszczególne elementy ze sobą walczą, zamiast współpracować.

Straszni mieszczanie

Aby legitymizować tego typu działania, uśmiechnięty populizm musi pogłębiać maksymalnie podział społeczny i nastawiać własnych wyborców przeciw ofiarom swojej polityki. I dokładnie tego typu propagandę możemy obserwować dzisiaj. Uśmiechnięta Polska przekonuje swoich wyborców, że problemy ma tylko ten nieistotny plebs. Ta straszna Polska B, która po prostu nie umie radzić sobie sama. Ten kryzys to właściwie efekt ich nieudolności, braku umiejętności, zacofania. W ten sposób władza jest w stanie przedstawić skandal z Tomaszem Lenzem w pozytywny sposób. W końcu senator KO jest jak ich wyborca, obrotny, umie znaleźć rozwiązanie, w przeciwieństwie do roszczeniowego ciemnogrodu, który tylko wyciąga rękę po więcej i czeka na ratunek od państwa. Zauważmy, jak podobna jest ta narracja do tego, w jaki sposób PO usiłowało zdyskredytować idee 500+ i 800+. Tak wtedy, jak i w wypadku dzisiejszego kryzysu ukrytą, ale najważniejszą treścią propagandy koalicji jest odpowiednie połączenie pogardy z lękiem. Okazuje się, że nie tylko wspomniany ciemnogród i prowincja chcą nienależnych im apanaży, lecz także straszy się, że mogą je zabrać innym. Że skoro nie wystarczy dla wszystkich, to niech dostaną ci lepsi, europejscy, bardziej postępowi. Na koniec dnia wielkomiejski wyborca, słysząc o koszmarach z ochroną zdrowia, wręcz oddycha z ulgą, dziękując swojej ukochanej władzy, że nie są one jego problemem. W ten sposób Tusk i jego ekipa żerują na najgorszym egotyzmie, zawiści, na kompleksach swoich wyborców z klasy średniej i wyższej. Dokładnie na tych wadach, które, zgodnie z narracją uśmiechniętego populizmu, mają cechować tę straszną Polskę B. Tymczasem okazuje się, że elektorat KO naprawdę jest jak ci straszni mieszczanie z wiersza Juliusza Tuwima – wszystko widzą osobno, nie są w stanie pojąć, że istnieją w szerszej wspólnocie niż ich rodziny, koledzy z pracy czy grupa społeczna. 

Jak z tym walczyć? Droga jest tylko jedna – trzeba im uzmysłowić, że prędzej czy później i do miast dojdzie ten kryzys. Wtedy zablokuje się prywatna ochrona zdrowia i to nie oni dostaną się na stół operacyjny, tylko Lenz. To nie ich babcia dostanie leki na raka, tylko Janda. Na rezonans pójdą Szczepkowska z Gretkowską i to dzieci takich celebrytek będą rodzić w ludzkich warunkach – podczas gdy zwykli ludzie zostaną skierowani do SOR. 
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej