Już blisko tydzień trwa zmasowana akcja wymierzona przeciwko dziennikarzom Telewizji Republika i samej stacji. Do prywatnych domów wkraczają służby pod różnym pretekstem na podstawie anonimowych fałszywych zgłoszeń.
Kulminacyjnym momentem było najście na mieszkanie, w którym prowadzona jest firma prezesa stacji Tomasza Sakiewicza.
"Zwykły bandytyzm"
W programie Super Expressu był pytany przez Wiktora Świetlika o zachowanie policjantów na miejscu i okoliczności całego zajścia. Sakiewicz wspomniał, że wyczuwał, że jeden z funkcjonariuszy był przerażony przeprowadzanymi czynnościami na tyle, że podczas zakładania kajdanek trzęsły mu się ręce.
Po ludzku bym im współczuł, gdyby nie zdecydowali się złamać prawa i poniżać mojej asystentki. Z jakiego powodu po zakończonej akcji wyprowadzają ją w kajdankach na ulicę, żeby ją dziesiątki osób oglądały? Skuto ją po tym, jak jeden z policjantów i tak już obejrzał moje mieszkanie i wiedział, że zgłoszenie to jest fake
- podkreślił Sakiewicz.
Dodał również, że traktowanie asystentki było skandaliczne również ze względu na to, że funkcjonariusze poinformowali ją, że ją rozkują jak się wylegitymuje. Przypomniał, że kobieta miała ręce skute z tyłu, a dokumenty miała w ubraniu wiszącym wysoko na wieszaku.
- To zwykły bandytyzm. To nie byli żadni policjanci, ale jakieś psychopatyczne stwory - ocenił.
Nie mieli żadnych oznaczeń, odmówili wylegitymowania się, skuli kobietę po obejrzeniu mieszkania, wyprowadzili siłą na ulicę i porzucili, komisariat, który ich wysyłał wiedział, że jest fala fałszywych zgłoszeń, nie sporządzili notatki, w dodatku jeżeli interwencja okazała się…
— Tomasz Sakiewicz (@TomaszSakiewicz) May 19, 2026
Wyjaśnił, że pani Ola formalnie zatrudniona jest na stanowiska dyrektora biura. Prywatnie to żona znanego profesora prawa. Sama jest osobą wszechstronnie wykształconą i ukończyła trzy fakultety.
Miał być sam
W rozmowie padły także okoliczności poprzedzających wejście policjantów. Szef stacji przekazał, że asystentka poinformowała go, że za drzwiami są ratownicy medyczni. Wiedząc o trwającej akcji fałszywych alarmów polecił jej otworzyć drzwi i poinformować, że to kolejny fałszywy alarm.
Skuto ją dopiero, gdy po przeszukaniu przez policję mieszkania nadal domagała się wylegitymowania od funkcjonariuszy. Sakiewicz dodał, że do dziś nie wie, kto był z jego mieszkaniu, bo z mundurów były pozrywane identyfikatory policjantów. Interwencji nie towarzyszyło sporządzenie żadnego protokołu, czy innego rodzaju dokumentacja, którą poszkodowani mieliby otrzymać.
Sakiewicz dodał, że przypuszcza, że policjanci spodziewali się, że będzie w mieszkaniu sam, bo od zgłoszenia do interwencji minęło kilkanaście minut. W tym czasie z mieszkania wyszła jego żona, teściowa, szwagier oraz druga pracownica biura.
Po sobotniej próbie interwencji służb w siedzibie Republiki, chwilowo fałszywe alarmy ustały. Służby jednak nie skontaktowały się do dzisiaj z poszkodowanymi, którzy dzięki pracy dziennikarzy śledczych i pionu ochrony stacji posiadają wiele informacji na temat potencjalnych sprawców.