Fundamenty już stoją
Przyznam się – nie oglądałem inauguracji kolejnej kadencji Sejmu. Wolałem sobie tego oszczędzić z kilku powodów.
Przyznam się – nie oglądałem inauguracji kolejnej kadencji Sejmu. Wolałem sobie tego oszczędzić z kilku powodów.
Stało się. Już za niecały tydzień – to symboliczne, bo od 11 listopada – każdy chętny będzie mógł tak po prostu kupić sobie bilety i polecieć do Stanów Zjednoczonych.
Na łamach „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie” od ponad dwóch lat opisujemy metody działania lobby hodowców zwierząt futerkowych, którzy w obronie swojego krwawego biznesu przyodziali szaty radykalnych patriotów. Jak się jednak okazuje, podobne numery nie robią wrażenia na kierownictwie Prawa i Sprawiedliwości.
„Pisanie nie jest moją pasją. Polska jest moją pasją” – mówił Donald Tusk przed wydaniem swojej książki „Solidarność i duma”. To było jednak w 2005 r., a owa książka zajmuje dziś miejsce w koszach na makulaturę obok takich dzieł, jak słynny „Koniec PiS u” autorstwa Michała Kamińskiego i Andrzeja Morozowskiego, którzy w 2012 r. triumfalnie wieszczyli rychły upadek partii Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego to przypominam?
„Zmień se psychiatrę” – zaapelował we wczorajszym wydaniu „Codziennej” Jerzy Lubach, sugerując, że ostatnie wypowiedzi Grzegorza Schetyny dotyczące bł. ks. Jerzego Popiełuszki wynikają z jakichś zaburzeń na tle emocjonalnym. Jurku, to nieprawda. Grzegorz Schetyna jest cynicznym politycznym zwierzęciem, a każde jego słowo jest obliczone na wywołanie efektu.
„Niekontrolowany wybuch emocji” to według najważniejszych polityków Prawa i Sprawiedliwości jedyne, co może zagrozić tej partii na ostatniej prostej i wpłynąć na wyniki wyborów. Czymże jest ten „niekontrolowany wybuch emocji”? To coś podobnego do tego, czego doświadczyliśmy w 2007 roku przy sprawie pani Sawickiej, kiedy ujawnienie korupcyjnych „lodów” w wykonaniu posłanki Platformy Obywatelskiej zostało sprytnym manewrem (szantażem emocjonalnym) obrócone przeciwko ówczesnej władzy – Prawu i Sprawiedliwości.
Pisowski spisek ujawniono! No dobra, może nie ujawniono, ale chciano. Chodzi o to, że tuż po losowaniu numerów list wyborczych, kiedy okazało się, że Prawu i Sprawiedliwości przysypiano „dwójkę” internet obiegły sensacyjne zdjęcia, na których można było zobaczyć banery kilku lokalnych działaczy, które ci zawiesili już wcześniej, a na których widniał właśnie numer listy – numer 2. Z miejsca poczęto doszukiwać się afery.
W poniedziałek Koalicja Obywatelska zainaugurowała akcję pod hasłem „Silni razem”. Według założeń ma ona pomagać integrować polityków opozycji i jej zwolenników. Tyle tylko, że szybko okazało się, że pod tym samym hasłem od kilkunastu tygodni pojawiają się w serwisach społecznościowych nienawistne i wulgarne wpisy pod adresem Prawa i Sprawiedliwości, zwolenników tej partii oraz wyborców.
Porównanie konwencji Koalicji Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości ma taki sens jak porównywanie polskiej pierwszej ligi, z niewiadomych przyczyn zwanej Ekstraklasą, z angielską Premier League. Niby politycy wykonują tę samą robotę co PiS, niby też chodzą w garniturach – zakładając do nich gacie i klapki przed kamerami TVN jak Borys Budka – i nawet składają obietnice, ale jakoś ciągle widać bylejakość.
Nie ukrywam, że nie jestem fanem tego, co napisał w felietonie dla tygodnika „Sieci” prof. Aleksander Nalaskowski. Naukowiec, pisząc o marszach równości i ideologii LGBT, używał określeń takich jak „tyfus, dżuma, ospa”, „obleśne baby” i wspominał o ludziach „wierzących, że gwałt to znakomita i uprawniona rozrywka”. Zwolennicy tez profesora udowadniają, że pisał o tym, iż ideologia LGBT jest swoistym rodzajem przemocy symbolicznej.
Pamiętają Państwo Szóstkę Schetyny, ten rzekomo rewolucyjny, mający zmienić Polskę program opozycji? Nie? Nie szkodzi. Okazuje się bowiem, że nie pamięta jej także startujący z list Koalicji Obywatelskiej Paweł Poncyljusz, kiedyś polityk PiS, potem frontman PJN (o tym tworze także nikt nie pamięta).
Dziennikarstwo ma różne odcienie i różnymi posługuje się narzędziami. Jest śledcze, gospodarcze, czasem nawet wcieleniowe. Pamiętamy, jak swego czasu reporter „Gazety Wyborczej”, pisarz Jacek Hugo-Bader przemalował się na Murzyna i łaził w czasie Marszu Niepodległości, licząc na to, że ktoś mu coś zrobi. Nikt mu nic nie zrobił, co i tak było dla niego w pewnym sensie dowodem na rasizm uczestników, bo „dziwnie się mu przyglądali”. Myślałem, że trudno będzie przelicytować tamte wyżyny dziennikarstwa, ale na nowy poziom reportażu uczestniczącego wzniósł się redaktor Jacek Żakowski z TOK FM.
Nie wybiegam aż tak daleko, by porównywać awarię warszawskiego kolektora do awarii elektrowni w Czarnobylu (a są tacy, którzy tak robią). Faktem jednak jest, że sprawa dobrze pokazuje, z jaką ekipą mamy do czynienia w stolicy.
Obrazki, na których podczas wyborów Mr. Gay Poland w poznańskim klubie Punto ubrany w kobiece ciuszki homoseksualista podrzyna gardło kukiełce z podobizną abp. Marka Jędraszewskiego, każą nam stawiać tezę, że sprawy zaszły za daleko. Obrzydliwe sceny były rzekomo reakcją na homilię krakowskiego metropolity, w których określił on ideologię LGBT jako „tęczową zarazę”. Reakcją, która oburzyła nie tylko stronników metropolity.
Jak to się wszystko zmienia! Jeszcze w środę byłem przekonany, że do dymisji marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego nie dojdzie. Niestety, dla niego samego dwa dni temu światło dzienne ujrzały kompromitujące fakty dotyczące „przewożenia” przez niego w celach prywatnych innych polityków PiS.
Czy Państwa oburza sprawa lotów marszałka Kuchcińskiego? Mnie to nieszczególnie interesuje, tak jak fruwający Donald Tusk czy Bogdan Borusewicz, który podobno latał do domu, by wyprowadzić psa. Przyzwyczaiłem się do tego, że ludzie władzy w pewnym momencie doznają zaćmienia i miesza się im w głowach od tego rzekomego dobrobytu.
W Sejmie pojawił się projekt zmiany ustawy o ochronie zwierząt autorstwa posłów Kukiz’15, który zakłada, że w wypadku, gdy właściciel zwierzęcia się nad nim znęca w sposób zagrażający zdrowiu lub życiu, to o tym, czy można mu je odebrać, miałby decydować Powiatowy Lekarza Weterynarii (PLW).
A tak się „atrakcyjny Kazimierz” starał – chodził po tefałenach, brylował w radiostacjach, i wszystko jak krew w piach. Bo na nic krytykowanie PiS, na nic strzelanie zafrasowanych min i udawanie zatrwożonego. – Nie ma takiej kandydatury, nie została zgłoszona i w ogóle nie jest przez nas rozpatrywana – oświadczył rzecznik PO Jan Grabiec pytany o to, czy na listach Koalicji Europejskiej znajdzie się Kazimierz Marcinkiewicz.
Wielki skandal i wielkie pieniądze. „Gazeta Polska” i portal niezalezna.pl dotarły do dokumentów, z których wynika, że Logo „Kukiz15” i Slogan „Potrafisz Polsko”, którymi przez lata posługiwał się Ruch Kukiz’15 miały być przez polityków wykorzystywane bezprawnie. Tak twierdzą twórcy logotypu, którzy czują się oszukani i domagają się zadośćuczynienia. Roszczenia mogą sięgać astronomicznych kwot.