Ducenald – czyli granice śmieszności
Ciekaw jestem, gdzie znajduje się granica śmieszności, której przekroczenie spowoduje, że admiratorzy Donalda Tuska zaczną podejrzewać, iż jednak na wizerunku Ducenalda Tuska pojawiają się jakieś rysy
Ciekaw jestem, gdzie znajduje się granica śmieszności, której przekroczenie spowoduje, że admiratorzy Donalda Tuska zaczną podejrzewać, iż jednak na wizerunku Ducenalda Tuska pojawiają się jakieś rysy
Zwrot ten przenosi nas do początku wieku XV i sceny, w której na stosie (6 lipca 1415 roku) miał właśnie spłonąć Jan Hus. Płomienie już zajmowały pierwsze drewniane polana, gdy do stosu zbliżyła się jakaś kobieta dorzucając gałązkę. „O święta naiwności!” – miał jęknąć Jan Hus, zdjęty swego rodzaju litością wobec głupoty, ubranej w kostium cnotliwej gorliwości w „słusznej sprawie”.
„Pierwszy masowy ludobójca w dziejach” – mówił kiedyś o Hernanie Cortésie na antenie Polskiego Radia prof. Paweł Wieczorkiewicz. „Wyprawy konkwistadorskie Hiszpanów to zniszczenie znakomitej, rozwiniętej i niezwykle ciekawej cywilizacji indiańskich w Ameryce Środkowej i Południowej” – wyjaśniał dalej ten znakomity historyk. „Kat Meksyku” podbił Meksyk w 1519 roku, zdobywając stolicę Azteków Tenochtitlán. Zanim to uczynił kazał zatopić jedenaście statków, którymi przepłynął Atlantyk, tak by dowodzeni przez niego konkwistadorzy nie mieli drogi odwrotu. Poszli więc na całość – i wymordowali ludność azteckiego miasta Choluli, drugiego po stolicy pod względem wielkości w państwie Azteków. Do dokonania rzezi użyto wszelkiej możliwej broni – arkebuzów, kusz, mieczy. Według różnych szacunków miało zginąć od 5000 do 6000 ludzi.
Nie da się spokojnie patrzeć na to, co robi Instytut Pileckiego pod wodzą nowego szefa, prof. Krzysztofa Ruchniewicza.
Nie chodzi o jakąś ksenofobię i zakaz przybywania migrantów w ogóle, lecz o ukrócenie i zamknięcie procederu łamiącej prawo migracji.
Czasem w dyskusjach dotyczących imigracji warto zatrzymać się przy podstawowych terminach i znaczeniach, wyjaśnić je sobie i dopiero potem wrócić do rozmowy.
To czego jesteśmy świadkami obecnie to kolejna odsłona tego światowego, cywilizacyjnego dramatu Zachodu – oto po tak brutalnym, okropnym zamachu politycznym, po morderstwie, tysiące lewicowych idiotów zaczęło celebrować ten mord, śpiewając, krzycząc z radości, dosłownie piejąc z zachwytu. Jak najdziksze barbarzyńskie bestie - pisze w felietonie dla niezalezna.pl Tomasz Łysiak.
„Legiony to żołnierska nuta, Legiony to straceńców los” – śpiewali legioniści Piłsudskiego, jadąc wagonami do miejsc internowania w roku 1917. Beliniacy mieli ze sobą ułańskie czaka. Nawiązywały one kształtem do tych sprzed stu lat, do tych które mieli na głowach żołnierze Legionów Polskich bijących się o Rzeczpospolitą w blasku napoleońskich orłów.
Skąd się biorą zasoby sił i ducha, które w chwili próby okazują się na wagę dobrze podjętych, z punktu widzenia moralnego, decyzji? Przecież nie z instynktownej reakcji na to, co przynosi los. Muszą z czegoś wyrastać. Bohater nie rodzi się w ułamkach sekund – wzrasta, buduje się, na dziesiątki lat przed tym, zanim przyjdzie czas owej próby. Rotmistrz Witold Pilecki – który poszedł na ochotnika do Auschwitz, by opowiedzieć światu, co się tam dzieje, i który stanął potem wobec grozy komunistycznego aparatu bezprawia – był rycerzem nie z przypadku. Został na takiego wychowany w rodzinnym domu, kiedy z chłopca stawał się mężczyzną.