Lemingi ciągną ku zagładzie
Gdy de facto zacznie obowiązywać pakt migracyjny w sensie realnym, wtedy cała masa nierozgarniętych fanatyków wspierających lewicę i Donalda Tuska zobaczy, „na co głosowała”.
Gdy de facto zacznie obowiązywać pakt migracyjny w sensie realnym, wtedy cała masa nierozgarniętych fanatyków wspierających lewicę i Donalda Tuska zobaczy, „na co głosowała”.
W ogóle zlikwidujmy wszelkie nagrody i wyróżnienia. Niech dobrze uczące się dzieci nie dostają w szkole nagród w postaci na przykład książek!
Przypomniał mi się stary dowcip: w lesie odbywa się zapowiedziane przez lwa dzielenie zwierząt na mądre i piękne. Sarna wskakuje bez namysłu na polankę z napisem „piękne”. Sowa nie myśląc wiele, wlatuje na tę z napisem „mądre”. Tam też idzie lis. Cietrzew rozkładając ogon, stąpa w stronę napisu „piękne”. I tak zwierzęta idą raz na lewo, raz na prawo, dzieląc się na piękne i mądre. W końcu zostaje żaba. Ta staje na rozkraczonych łapach, zaczyna gardłowo rechotać kum-kum, łypie okiem w jedną stronę, łypie w drugą, po czym rozkłada „ręce” i charkotliwie wyznaje: „Ja się przecież, k…., nie rozdwoję”.
Pokazaliśmy Włochom odcinek pt. „Bitwa narodów”, w którym opowiedziana jest historia bitwy o San Pietro Infine, a także historie trzech pierwszych bitew o Monte Cassino czy też lądowania aliantów pod Anzio.
Słowo „Salon” na określenie postkomunistycznej, prounijnej elitki intelektualno-polityczno-kulturalnej do powszechnej polszczyzny wprowadził (albo przynajmniej – rozpropagował) mój szanowny Rodziciel, Waldemar Łysiak, książką „Salon. Rzeczpospolita kłamców” (2004). Potem jeszcze ukazała się dwuczęściowa kontynuacja „Salon. Alfabet szulerów”. Opisując różne choroby III Rzeczypospolitej, oraz gangrenę moralną, która toczyła Polskę od czasu historycznego, magdalenkowego i okrągło-stołowego przełomu, ojciec posłużył się metaforą dawnego XIX-wiecznego salonu: miejsca, w którym budowała się salonowa opinia, elitarne współdzielone przez salonowców poglądy, oraz gdzie, w środowisku eleganckim i wytwornym, ugadywano czasem najgorsze łajdactwa i godzono się na najhaniebniejsza świństwa.
We wszystkim, co się dzieje wokół sprawy siłowego wtargnięcia policji do mieszkania, a jednocześnie miejsca pracy red. Tomasza Sakiewicza, są dwie, ważne do podkreślenia sprawy. Z jednej strony chodzi o samą akcję i jej przebieg, a z drugiej reakcje władzy (wymuszone naciskiem medialnym), które poszły w stronę próby zbagatelizowania, czy wręcz wyśmiania tego, co się wydarzyło.
Po szesnastu latach od czasu tragedii smoleńskiej ciągle jeszcze wszyscy czujemy, że to, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku, jest niezabliźnioną raną. A spojrzenie na Smoleńsk dokonuje się i musi się dokonywać przez pryzmat celu owej państwowej delegacji, której przewodziła prezydencka para Lech i Maria Kaczyńscy, a także prezydent Ryszard Kaczorowski. Katyń 1940 trwa więc i trwać będzie nad Smoleńskiem 2010, jakby coś potwornie smutnego, przewrotnego w złośliwym losie, połączyło obie tragiczne historie: oto ci, co lecieli, by złożyć hołd pomordowanym, sami zginęli okrutną śmiercią. Za śmiercią pierwszych stała Moskwa i NKWD, za śmiercią drugich także widnieje cień sprawczej, złowieszczej Moskwy.