Pierwsza warta zauważenia sprawa to fakt, iż właściwie z góry zakładano, że wyprowadzenie wojska na ulice, a także wtrącanie ludzi do więzień, pociągnie za sobą protesty, a co za tym idzie ofiary – także śmiertelne. Pod koniec września 1981 roku doszło do spotkania Stanisława Kociołka z Konradem Naumannem z Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności. Kociołek, człowiek odpowiedzialny za masakry na Wybrzeżu w roku 1970 (potem oskarżony i uniewinniony w procesie, w którym zasiadał na ławie oskarżonych z Jaruzelskim), powiedział wówczas: „taka droga kosztować będzie być może tylko kilka tysięcy ofiar, podczas gdy kontynuacja dotychczasowego tak zwanego porozumienia prowadzić musi do rozlewu krwi, do morza krwi”. Jak pisze Łukasz Kamiński w pracy „Ofiary stanu wojennego” (wydanej przez IPN w 2007 roku, przy okazji wystawy o tym samym tytule) – „Tuż przed 13 grudnia w szpitalach przygotowano tysiące miejsc dla rannych. Dziesiątkom tysięcy aktywistów PZPR rozdano broń palną”…
Piekło grudniowej nocy
W akcję zaangażowano olbrzymie siły. Wielka operacja wojskowa (prowadzona jedynie przez PRL: Moskwa – proszona o ewentualną interwencję i pomoc na początku grudnia 1981 roku – wyraźnie odmówiła) była przygotowana z rozmachem i precyzją. Do przeprowadzenia planu wykorzystano 70 tysięcy żołnierzy, 30 tysięcy milicjantów, 1750 czołgów, 1900 wozów bojowych, 9 tysięcy samochodów, kilka eskadr helikopterów i do tego wojskowe samoloty transportowe. Cel był następujący – sparaliżować życie największych ośrodków miejskich, pacyfikować próby oporu czy manifestacje, przeprowadzić masowe aresztowania, a wreszcie na tyle zastraszyć społeczeństwo, żeby Solidarność nie dostała społecznego wsparcia. Przy czym już samo wyłączenie telefonów spowodowało potężne zamieszanie oraz… śmierć osób, które nigdy w statystykach ofiar stanu wojennego nie zostały policzone. Pisze o tym Andrzej Paczkowski w rozdziale „Czarnej Księgi Komunizmu” zatytułowanym „Polacy pod obcą i własną przemocą”: „Wyłączono telefony (co spowodowało liczne przypadki śmierci osób, do których nie można było wezwać karetki pogotowia), zamknięto granice i stacje benzynowe, na poruszanie się poza miejscem zamieszkania konieczne były przepustki, wprowadzono godzinę policyjną, obowiązywała cenzura korespondencji krajowej i zagranicznej”.
W nocy z 12 na 13 grudnia rozpętało się piekło, zarządzane sprawnie z samej góry, przy czym nikt nie miał wątpliwości, że władza nakazuje nie „patyczkować się” z pacyfikowanym narodem. Do komendantów komend miejskich MO dzwonili z jasnymi instrukcjami przełożeni, najwyżsi rangą oficerowie i urzędnicy MSW, np. do płk. Marka Ochockiego (KW MO w Legnicy) telefon wykonał gen. Edward Tarała i zakomunikował: „Nie używać bezmyślnie broni, aby nie było zbędnych trupów”...
Cały artykuł można przeczytać w tygodniku GP.