W Radomiu zorganizowano potańcówkę w klimacie PRL, chyba w ramach obchodów tegorocznej rocznicy Czerwca ’76 – pani wiceprezydent miasta ochoczo i z uśmiechem pozowała do zdjęć z rekonstruktorami w mundurach ZOMO, a ci dla zabawy pałowali publiczność. Ubaw.
Przypomnieć trzeba, że w roku 1976, w wyniku ostrej reakcji władzy na protesty w Radomiu i w Ursusie, kilkaset osób zatrzymano, wielu ludzi pobito i gazowano (służby wystrzeliły wtedy 17 500 sztuk chemicznych środków obezwładniających, 11 980 sztuk amunicji ćwiczebnej, 2 245 ładunków prochowych i 1 525 nabojów sygnałowych), stosowano system tzw. ścieżek zdrowia (zatrzymanego przepuszczano między dwoma szeregami bijących milicjantów), a 26 protestujących osób wsadzono do więzienia.
Prawie tysiąc osób wyrzucono z pracy. Księdza Romana Kotlarza pobito tak, że po kilku tygodniach zmarł. I wokół tego wszystkiego w Radomiu zorganizowano wesoły bal! Brakowało tylko Mazguły jako gościa honorowego…
Jednocześnie komunistę Włodzimierza Czarzastego (pomimo tego, iż on sam za komunistę się nie uważa, cały jego życiorys, z korzeniami w PZPR, z wielokrotnym pozytywnym odwoływaniem się do dziedzictwa PRL, czyni z niego właśnie, jako żywo – komunistę) Donald Tusk ustanawia drugim człowiekiem w państwie. Gdy zaś Czarzasty, mający podejrzane kontakty z Rosjanami, nie wypełniający ankiety bezpieczeństwa, obraża prezydenta USA (cokolwiek można sobie o nim krytycznie myśleć, to sojusz ze Stanami Zjednoczonymi stanowi dla Polski fundament bezpieczeństwa), to polski premier wchodzi w konflikt z ambasadorem USA i tegoż dawnego członka PZPR broni.
Ciągle nie uwolniliśmy się z dawniej założonego nam przez Sowietów łańcucha. Trzymany jest on obecnie w rękach Berlina, ale wielu ludzi hołubionych i ustawionych życiowo przez kariery w dawnych PRL-owskich służbach, nadal służy Moskwie – nawet jeśli dzieje się to w systemie „proxy”. A czasem nie „proxy”, tylko wprost (książka „Zgoda” Sławomira Cenckiewicza i Michała Rachonia doskonale to uwikłanie pokazuje).
Jeśli jeszcze w dodatku słyszymy, jakim językiem (esbeckim) posługują się oficerowie SOP, którzy w prywatnych rozmowach ujawniają mordercze plany wobec prawicowych dziennikarzy, to nie sposób nie mieć skojarzeń z epoką, która powinna być już minioną od dekad. To język dawnych, komunistycznych służb.
„Nie chcemy komuny, nie chcemy i już…” – najwyraźniej trzeba mocniej i na nowo śpiewać tę starą pieśń z czasów opozycyjnych protestów. Bo komuna nadal w Polsce jest. I rządzi.