Nobel dla Polaków?
Jakoś tak się dzieje, że niby już mało kto poważnie traktuje Pokojową Nagrodę Nobla (a i z literacką bywa różnie, ale to temat na inną okazję), ale gdy tylko ktoś zgłosi do niej kandydaturę z Polski, rozpala to emocje.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
Jakoś tak się dzieje, że niby już mało kto poważnie traktuje Pokojową Nagrodę Nobla (a i z literacką bywa różnie, ale to temat na inną okazję), ale gdy tylko ktoś zgłosi do niej kandydaturę z Polski, rozpala to emocje.
Zgodnie z moimi wcześniejszymi przewidywaniami wraz z końcem 2020 roku wcale nie przestali umierać ludzie dla wielu ważni i przez wielu kochani. Jedną z większych strat polskiej kultury, a może nawet tożsamości, przynajmniej dla kilku pokoleń, jaką już przyniósł rok 2021, jest śmierć Henryka Jerzego Chmielewskiego.
„Kto w piątek skacze, w niedzielę płacze” – powtarzała w czasach mojego dzieciństwa babcia. Czasy się jednak bardzo zmieniły i okazuje się, że między piątkiem a niedzielą bardzo wielu ludziom udało się wykonać naprawdę karkołomną gimnastykę. Sympatie polityczne Jerzego Owsiaka znamy wszyscy, jednak tak bliskie spięcie się Strajku Kobiet i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy to zupełnie inny poziom ideologicznego absurdu. Charytatywna zbiórka „dla dzieciaków” jako krótki antrakt permanentnej zadymy z żądaniem swobodnego dostępu do aborcji na sztandarach to wciąż dużo nawet jak na hipokryzję środowisk liberalnych.
W piątek 22 stycznia dzień przywitał nas wiadomością o śmierci Henryka Jerzego Chmielewskiego, znanego jako „Papcio Chmiel”. Nestora i weterana polskiego komiksu, twórcę postaci Tytusa de Zoo, uczłowieczanego wciąż na nowo szympansa, towarzyszących mu Romka i A’Tomka oraz prof. T. Alenta, autora kilkudziesięciu tomów ich przygód i człowieka, który ubarwił życie kilku pokoleń Polaków.
„Nasz jubileusz, 20-lecie Platformy Obywatelskiej miał być radosnym świętem. Czasem wspomnień, podsumowań i dyskusji o nowych wyzwaniach na ko-lejne dziesięciolecia. Jednak kryzys pandemiczny napisał zupełnie inny scenariusz” – piszą na swojej stronie działacze PO w notatce opublikowanej 24 stycznia. Czy jednak faktycznie to pandemia odpowiada za taki, a nie inny obraz partyjnego święta? W sytuacji powszechnego zmęczenia obostrzeniami i poważnego kryzysu nastrojów społecznych dobrze zorganizowana i konsekwentna opozycja mogłaby być przecież na wygranej pozycji. Platforma natomiast nie ma po prostu czego świętować i koronawirus bynajmniej nie jest tu jedynym ani nawet głównym winnym.
Przez lata słynne były listy do redakcji, jakie według jej pracowników pisali czytelnicy, a, według wielu czytelników, pracownicy „Gazety Wyborczej”.
To już ponad 13 lat, odkąd „Polityka” na swojej okładce zdjęcie ówczesnego lidera opozycji w sportowym stroju goniącego za piłką opatrzyła zawołaniem: „Tusku, musisz!”. Hasło z numeru tygodnika, opatrzonego datą 13 października 2007 r., weszło do języka polskiej polityki i zapisało się w jej historii. Choć w swoim czasie okazało się skuteczne, w kolejnych latach powracało coraz częściej jako kpina. Z niezdecydowania Tuska, z fanatyzmu jego sympatyków, zaangażowania liberalnych mediów salonu III RP. Dla wielu pozostaje jednak wciąż credo polityki i publicystyki, co potwierdziły znów ostatnie dni.
„Ksiądz Boniecki ma głos w moim domu” – głosili już dziesięć lat temu rozmaici odlegli na co dzień od Kościoła celebryci, gdy zakon księży marianów ograniczył mocno swobodę wypowiedzi ówczesnego redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”.
Rok 2020 wbrew pozorom nie tyle przyniósł nowe zjawiska społeczne, ile wzmocnił już istniejące tendencje. Niektóre cechy współczesnego społeczeństwa, dotykające zwłaszcza młodych i dotąd uważane za jednoznacznie negatywne, zyskały swoje uzasadnienie i się uprawomocniły.
Jedną z bardziej znanych wypowiedzi byłego premiera Leszka Millera były słowa: „Jest pan zerem”, rzucone w stronę Zbigniewa Ziobry, przesłuchującego go w ramach prac sejmowej komisji śledczej badającej aferę Rywina. Historia zdaje się oddała właśnie Millerowi, co jego, czyniąc go „pacjentem zero” nowej epidemii, jaka wybuchła po akcji szczepienia celebrytów na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.
2020 rok nie był dla PiS wyłącznie początkiem trzech spokojnych lat, mających służyć konsumowaniu owoców władzy i jej spokojnemu utrwalaniu. Pasmo wyborczych sukcesów przypieczętować miała wygrana Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, lecz choć cel ten został osiągnięty, przed partią rządzącą czas prawdziwego crashtestu. W chwili utraty sojusznika w Waszyngtonie losy ekipy Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego w największym stopniu zależą od czynników przewidywalnych jeszcze mniej niż administracja Trumpa. To rozwój sytuacji pandemicznej i ściśle się z nim łącząca skuteczność wchodzących właśnie w użycie szczepionek przeciw COVID-19.
Tak się złożyło, że znalazłem się na warszawskiej ulicy Ikara tuż przed północą, z 12 na 13 grudnia. Ta niezbyt długa ulica zapisała się w świadomości wszystkich pamiętających o ofiarach stanu wojennego, ponieważ to tu właśnie mieszkał do końca życia Wojciech Jaruzelski.
W piątek przeczytać mogliśmy wywiad z szefem Platformy Obywatelskiej Borysem Budką, w poniedziałek zaś ukazała się, wcześniej w małych porcjach ujawniana już w weekend, rozmowa z Jarosławem Kaczyńskim. Z Budką rozmawiał „Dziennik Gazeta Prawna”, z Kaczyńskim – „Rzeczpospolita”. Pomimo pewnych napięć w koalicji PiS problemy ma głównie zewnętrzne, Platforma – również wewnętrzne, co w ostatnich kilku dniach znalazło odbicie w wielu komentarzach i przeciekach.
Tak wśród konserwatystów popularny, że czasem wręcz nadużywany, aforyzm głosi, że hipokryzja to hołd składany cnocie przez występek. Odkąd wśród naszych celebrytów zapanowała moda na antyklerykalizm, a media zaczęły prześcigać się w atakach najpierw na Kościół, później zaś już na wiarę jako taką, z okazji świąt regularnie odbywał się festiwal hipokryzji. Pełne jadu okładki nagle wypełniały pogodne, często wprost religijne obrazki, a prześcigające się w aborcjach i apostazjach gwiazdy wiły się, śpiewając z przejęciem kolędy. W tym roku na ten stały cykl nałożyło się poparcie tych ostatnich dla feministycznych protestów i po raz pierwszy odbiorcy powiedzieli „dość”. Lepiej późno niż wcale.
W czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w każdej szanującej się szkole podstawowej, a zapewne i w innych kształtujących obywatela socjalistycznej ojczyzny instytucjach, obowiązkowo znajdował się pięknie wydany album „Lenin w malarstwie polskim”.
„Sam diabeł mszę odprawia, przepasany strykiem, klęczące tłumy zbawia hostią z arszenikiem” – śpiewał przed laty w Salonie Niezależnych Michał Tarkowski, przybliżając polskim słuchaczom twórczość czeskiego barda praskiej wiosny Karela Kryla.
Bartek ma 46 lat. Marek nie podaje swojego wieku, ale maturę zrobił w 1985 roku. Anny o wiek nie pytam, ale pierwszą pracę naukową opublikowała w 1994 roku. Ewy, która jest profesorką, też nie spytam, ale najstarszą publikację, na jaką trafiłem, wydała w tym samym roku co Anna. Tak czy inaczej, wszyscy muszą być już bliżej pięćdziesiątki, a Marek jest nawet trochę starszy.
Ośmielony zapewne wynikami sondaży pokazującymi spadek notowań PiS w partyjnych badaniach opozycyjny portal Oko.press postanowił pójść za ciosem i dokonać ostatecznego samopocieszenia i pognębienia wroga numer jeden. Zamówił więc kolejne badanie, które miało wykazać, że dziś Andrzej Duda przegrałby wybory prezydenckie. I co oczywiste, faktycznie właśnie to w wynikach zobaczyliśmy. Duża część internautów przyjęła tę publikację z należnym jej rozbawieniem. Jednak z kilku powodów warto uczynić ją punktem wyjścia do szerszej analizy sytuacji politycznej PiS i opozycji po kolejnych tygodniach protestów i kolejnych miesiącach pandemii.
W internecie furorę robią niektóre nagrania dotyczące proaborcyjnych protestów, nie jest to jednak sława, o którą musiało chodzić bohaterkom filmików. Na jednym z nich widzimy, jak uczestniczka, udająca się na demonstrację autem, na żywo nadaje swoją relację. Po chwili okazuje się, że nigdzie nie dojedzie, ponieważ w ferworze rewolucyjnej walki zapomniała o paliwie. O tym, że paliwo kończy się nie tylko w sensie dosłownym, przekonujemy się z innego materiału, który pokazywał wizytę Marty Lempart w Gryficach.
W życiu rzadko możemy być świadkiem koincydencji wydarzeń przypominających wręcz filmową sprawiedliwość. Taką z naprawieniem (na ile to możliwe) krzywdy i ukaraniem, choćby za inne przewiny, czarnego charakteru.