Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski,
30.03.2021 16:00

Nadal bez recepty

W czasach pandemii najłatwiej jest zaatakować rządzących poprzez krytykę sytuacji w służbie zdrowia. Czy wyborców – w chwili, gdy państwo radzi sobie tak, jak sobie radzi, społeczne niezadowolenie i zmęczenie narastają, a statystyki nie wypadają dla nas zbyt dobrze w zderzeniu z trzecią fala pandemii, a inne fatalne były również wcześniej – można uwieść receptami na poprawę sytuacji? Zobaczymy zapewne niedługo. Wiemy jednak, że Platforma Obywatelska podjęła właśnie stosowną próbę.

Czy jednak od tego, co zostało powiedziane w sobotę, ważniejsze nie jest, kto ma być głosem PO w sprawach zdrowia i jak wygląda praktyka tam, gdzie opozycja ma decydujący głos?

Osiągnięcia epoki doktor Ewy i następcy

Zacznijmy od tego, że Platforma do ministrów zdrowia nie miała szczęścia w sposób, powiedzieć można, wyjątkowy. Oczywiście w kraju, w którym obywatele od lat narzekają na funkcjonowanie państwowej opieki medycznej, kierowanie tym resortem jest zadaniem wyjątkowo niewdzięcznym i rzadko zdarza się, by osoba za niego odpowiedzialna mogła się cieszyć większą popularnością.

PiS miało tutaj trochę lepszą rękę do ludzi. Zbigniew Religa do rządu wszedł w 2005 r. opromieniony legendą genialnego chirurga cudotwórcy i udało mu się nawet w zderzeniu w medyczną rzeczywistością w innej niż dotąd roli nie stracić swojej popularności. Gdy po zmianie władzy zastąpiła go Ewa Kopacz, nowa minister jako swoje plany reform przedstawiła pomysły w dużym stopniu zapożyczone od Religi, co o kreatywności „doktor Ewy” świadczy jak najgorzej, ale o fachowości jej wielkiego poprzednika – jak najlepiej. Kopacz jako ministra zdrowia zapamiętamy jednak głównie przez pryzmat Smoleńska i, zważywszy na to, co działo się w tej sferze życia za jej czasów, być może to nawet dla niej lepiej.

Ewę Kopacz zastąpił Bartosz Arłukowicz, jednak na długo, nim się to w końcu stało, młody wówczas jeszcze polityk musiał zmienić polityczne barwy. Choć dziś Arłukowicz jest jedną z twarzy Platformy, a też i jednym z bardziej lubianych wśród elektoratu działaczy tej partii, warto pamiętać, że do maja 2011 r. należał do klubu SLD. Co więcej, uważany za jedno z odkryć kadencji Sejmu, która rozpoczęła się w 2007 r. (i która dała PO wygraną, a Donaldowi Tuskowi premierostwo), przez pierwsze lata należał do najostrzej krytykujących rząd posłów lewicy. Niektórzy z obserwatorów wręcz widzieli go wówczas w PiS, przy czym dla jednych była to obelga, dla innych wyraz uznania.

Polityczna wolta, za którą najpierw poszło specjalnie dla niego stworzone stanowisko pełnomocnika do spraw wykluczonych, a później wybór na następcę Kopacz, dla wielu była więc szokiem nie mniejszym niż niedawny akces posłanki Moniki Pawłowskiej do Porozumienia. Trudno zachowanie posła tłumaczyć czymś innym niż cynizmem, zwłaszcza że już jako minister odpowiedzialny za zdrowie zaczął prowadzić politykę, którą wcześniej zdecydowanie krytykował. Amatorzy grzebania w starych taśmach dostali od Arłukowicza bardzo wiele prezentów na takie okazje, jak sobotnia prezentacja. Ot, choćby pamiętna rozmowa z Markiem Sową, wówczas marszałkiem województwa małopolskiego, któremu jako minister zdrowia tyleż arogancko, co beztrosko, doradzał likwidację licznych szpitali.

Ostatnim ministrem zdrowia PO był prof. Marian Zembala, dziś – poza chórem krytyków polityki PiS.

Pomysły cudze, już wdrażane i całkiem fantastyczne

Niektóre propozycje, jakie obecnie zgłasza Platforma, wydają się odpowiedzią na palące problemy. Plan pomocy chorym na inne niż COVID-19 choroby, którzy w dużym stopniu zostali w ostatnich kilkunastu miesiącach zostawieni sami sobie, wydaje się niezbędny. Koncepcja stworzenia sieci szpitali niecovidowych, bezpiecznych dla pacjentów brzmi dla zwykłego odbiorcy, niemuszącego być specjalistą od organizacji służby zdrowia, całkiem atrakcyjnie.

Tylko jak to się ma do dotychczasowej praktyki? Jeśli jednak zgłoszenie tego postulatu, choćby w wersji mocno dziurawej (PO nie odpowiada na pytanie, jak skutecznie przeprowadzić testy wśród przyszłych pacjentów takich placówek), miałoby zmobilizować rząd do stworzenia własnego, funkcjonującego programu, tym lepiej. Lecz niech robi to właśnie rząd, a nie doradzający koledze zamykanie szpitali Arłukowicz.
Niektóre z pomysłów, te, które nie dotyczą bezpośrednio sytuacji pandemicznej, zbyć można bardzo prosto, pytając, dlaczego nie wprowadzono ich w latach 2008–2015, z większością sejmową i senacką, lub przynajmniej po roku 2010 r., gdy do tej konstelacji wpływów Platformy w państwie dołączył prezydent Bronisław Komorowski.

„Cały ten szumny program Platformy Obywatelskiej można podzielić na trzy kategorie. Jedna to rzeczy, które już są wprowadzone, druga to rzeczy, które Prawo i Sprawiedliwość już zapowiedziało, i kategoria trzecia: nierealne obietnice albo absurdy” – komentuje zapowiedzi Platformy poseł PiS Radosław Fogiel. Sieć najlepszych, pewnych stabilnego finansowania szpitali – jest. Platforma głosowała w Sejmie przeciwko dziś proponowanemu przez siebie, choć istniejącemu już przecież rozwiązaniu.

Listę postulatów uzupełnia pomysł, by szczepień dokonywać mógł inny niż lekarze personel medyczny, co wpłynęłoby na usprawnienie procedury. Co prawda, problemem numer jeden są dziś mniejsze od zapowiedzianych dostawy szczepionek, ale jeśli wierzyć zapewnieniom, sytuacja powinna ulec poprawie, a wtedy możliwość skorzystania z pracy pielęgniarek i przedstawicieli innych zawodów medycznych byłaby jak znalazł.

Jednak i tu Platforma zderza się z własną praktyką polityczną, albowiem proponowane przez nią udogodnienia znalazły się w procedowanej już rządowej ustawie, która w wyniku obstrukcji polityków opozycji utknęła jak na razie w Senacie.

Realne i autorskie pomysły opozycji

Tu warto zwrócić uwagę na szersze zjawisko braku współpracy instytucji kontrolowanych przez Koalicję Obywatelską i inne siły opozycyjne z rządem, choćby na poziomie samorządowym, szczególnie widoczne w Warszawie. W stolicy współpraca układała się tak fatalnie, że skończyła się jak na razie na wprowadzeniu do jednego ze szpitali, odmawiającemu udostępnienia odpowiedniej liczby łóżek covidowych, rządowej komisarz.
To stały element strategii opozycji. Większość Polaków nie odróżnia (bo i odróżniać nie ma obowiązku), za które świadczenia i działania odpowiada rząd, za które zaś samorząd. Po 2015 r. mieliśmy już do czynienia z sytuacjami, gdy lokalni urzędnicy opóźniali wypłacanie pieniędzy z programu 500+, co stwarzało wrażenie, że rząd nie panuje nad realizacją swojego sztandarowego zadania.

Czy można by wierzyć w to, że Platforma, będąc u władzy, z wyzwaniem takim, jak obecna pandemia, by sobie poradziła? Oczywiście trudno zgadywać, co by było w rzeczywistości alternatywnej, w której rząd Borysa Budki, Grzegorza Schetyny czy Ewy Kopacz musi zmagać się z epidemią COVID-19 w Polsce w 2020 r.

Można jednak przypomnieć sobie, jak Ewa Kopacz reagowała kilka lat temu na epidemię ptasiej grypy. Odpuszczenie szczepień i brak jakiejkolwiek reakcji brzmią bardzo atrakcyjnie z punktu widzenia środowisk dziś kwestionujących skalę pandemii lub chcących zachowania normalności w relacjach społecznych i gospodarczych, równocześnie jednak są całkowicie niezgodne z dzisiejszą narracją Platformy.
Realne i autorskie pomysły opozycji na poradzenie sobie z problemem sprowadzają się dziś do planów zamykania kościołów.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane