Byłby to znakomity temat na większą dyskusję, jednak jej uczestnicy musieliby spełnić warunek, który dziś wydaje się nie do spełnienia – mianowicie zachować przynajmniej minimum obiektywizmu. Główny argument za karaniem takiego zachowania to stwierdzenie, że w postaci, do której odniósł się dany epitet, poza konkretnym człowiekiem mieści się również „majestat Rzeczypospolitej”. Jest to argument całkiem słuszny, jak zwykle jednak problem zaczyna się wraz z praktyką. Czy wspomniany majestat reprezentował zataczający się nad charkowskimi grobami Aleksander Kwaśniewski czy podający mu nogę Lech Wałęsa, czy może czasem tylko przysypiający, a czasem wdrapujący się na fotel Bronisław Komorowski? Temat jest więc tak samo trudny jak to pytanie. Nie przypominam sobie, by dzisiejsi obrońcy Jakuba Żulczyka, którego prokuratura ściga z urzędu, nie na rozkaz prezydenta, przesadnie martwili się o kondycję swobód obywatelskich, gdy za nastawanie na cześć Kwaśniewskiego sądy III RP skazywały Wojciecha Cejrowskiego i Andrzeja Leppera. Donald Tusk prezydentem nie był, ale i tak słynny „matoł” stał się w kilku sprawach sądowych okazaniem lekceważenia konstytucyjnego organu RP. Przykład „Anty-Komora” pamiętają chyba wszyscy. Na sztandary trafiał jednak raczej bezdomny, w stanie upojenia alkoholowego obrażający Lecha Kaczyńskiego, o karierze Palikota szkoda nawet gadać. Jakub Żulczyk napisał kilka niezłych książek i zdanie na Facebooku, które zrobiło z niego bohatera tej historii i polskiej opozycji (która chyba tych książek nie zna). Kiedyś zmieni się lokator Belwederu, a wraz z nim również optyka. I tak refleksja nad ochroną godności znów kończy się na hipokryzji.
Majestat i hipokryzja
Czynność znana jako „znieważanie głowy państwa” nie pojawiła się w polskim prawie wczoraj. Czy nazwanie urzędującego prezydenta którymś z setek znanych nam mało sympatycznych określeń powinno być ścigane?