Przekleństwa w języku istniały zawsze, czasem nawet pojawiały się w kulturze wysokiej (np. w twórczości Fredry) czy używane były przez polityczną legendę, czyli marszałka Józefa Piłsudskiego.
Czasy Jaruzela
Oczywiście mieliśmy w swoim czasie słynny „Bluzg” do generała Jaruzelskiego, pięknie wykonywany przez Emiliana Kamińskiego, a w stanie wojennym grubym słowem w piosenkach zdarzało się rzucić Janowi Krzysztofowi Kelusowi, jednak w ogólnym rozrachunku przekleństwa kojarzyły się raczej z ubecją niż jej przeciwnikami. Wystarczy spojrzeć na wspomnienia przesłuchiwanych, których bardzo długo, poza zwykłą przemocą, szokował też język mundurowych katów. Dziś część dawnych działaczy Solidarności zwraca uwagę na to, że język dzisiejszych protestów, ze słynnym „Wyp…ć” na ustach i na sztandarach, nie ma nic wspólnego z tradycją dawnego społecznego oporu i nie pojawiał się nawet w czasach największej opresji i najsilniejszych emocji. „Junta juje”, oparte na językowym, czy wręcz wielojęzykowym żarcie, było najdalej chyba wysuniętym w kierunku granicy smaku hasłem. A przecież Herbertowska kwestia smaku była dla wielu ówczesnych opozycjonistów kluczowa.
Rok 1989 przyniósł tylko niewielkie zmiany. Uwolniony z pęt cenzury język się zepsuł, choć wówczas traktowano to bardziej jako jego urealistycznienie tam, gdzie zniknęły instytucjonalne ramy. Kultura nakarmiła się ulicą, a ulica podchwyciła to zapożyczenie z powrotem, w lot łapiąc choćby teksty ubeków z filmu „Psy” Pasikowskiego. W muzyce dzieła dokończyło wtargnięcie do głównego nurtu rapu. Kazik wulgarnego języka nie oszczędzał już od pierwszej solowej płyty, a i w Kulcie przestał się ograniczać, ostro rozliczając wszystkie partie nowego układu.
Czasy Leppera
Gdy Kazik w Kulcie śpiewał, że „nie wierzy tym k… jak psom”, politycy spuścili już uszy po sobie, jednak gdy we wcześniejszym utworze pytał: „Coście sk…ny uczynili z tą krainą?”, senator ZChN Jan Szafraniec chciał ścigać artystę za obrazę hymnu. Piosenka, w której padło to ważne pytanie, nosiła bowiem tytuł „Jeszcze Polska”. Później Kazik miał jeszcze scysję z Andrzejem Lepperem. Lepper wykorzystał w kampanii utwór Staszewskiego, a ten, czuły na punkcie własnych praw autorskich, zareagował po swojemu piosenką „P…lę Pera”. Szef Samoobrony ponarzekał trochę w mediach na to, że słowa mocne, przykre i niepotrzebne, ale do sądu nie poszedł. Tę część warto zakończyć przypomnieniem, że gdy krytyka tracącego władzę i poparcie społeczne SLD była już bardziej kopaniem leżącego niż aktem wielkiej odwagi, ten sam Kazik śpiewał (oficjalnie odwołując się do szefa gestapo Heinricha Müllera, ale każdy wiedział, o co chodzi): „będziesz wisiał Miller, ty k… j…”, a Paweł Kukiz w swoim „Wirusie SLD” już wprost wykrzykiwał nienawiść do tych „k…”. Politycy natomiast zachowywali się w miarę spokojnie i nawet Lepper, choć nazywany „chłopskim watażką” i czasem uciekający się do zachowań z pogranicza przemocy, pilnował swojego języka, przynajmniej w wypowiedziach publicznych.
Czasy Palikota
Nerwy liberalnym elitom zaczęły puszczać po wygranej PiS i Lecha Kaczyńskiego w 2005 r. List profesora, który w odpowiedzi na ustawowy obowiązek złożenia ustawy lustracyjnej kazał rządzącym całować się w d… wzbudził powszechny entuzjazm. Gwiazdą mediów zaś przez chwilę stał się bezdomny Hubert H., który stanął przed sądem za znieważenie w stanie nietrzeźwym głowy państwa. O tym, jakiej nienawiści doświadczył Lech Kaczyński, napisano wiele. Zjawisko dość wyczerpująco opisał również Sławomir Kmiecik w dwóch tomach swojego opracowania „Przemysł pogardy”, które doczekało się również kontynuacji o medialnej nagonce na Andrzeja Dudę po objęciu przez niego prezydentury. Oczywiście momentem granicznym był Smoleńsk i to, co działo się w kolejnych tygodniach. Gdy ulicznej, buzującej nie tylko emocjami rebelii puściły wszelkie hamulce, media chuchały na nią i dmuchały, w misiach na krzyżach i oddawaniu moczu na znicze widząc narodziny społeczeństwa obywatelskiego. To czasy Palikota. Na taki sposób uprawiania polityki wtedy nie byliśmy jeszcze gotowi, lecz co dzieje się dziś?
Czasy Stonogi
W 2015 r. w polskiej polityce pojawił się na chwilę Zbigniew Stonoga. W niewybrednych słowach atakował rządy Platformy i sądy III RP, przez co początkowo budził sympatię części prawicy. Gdy jednak ta nie chciała podziękować mu za wygrane wybory, a Stonoga nie dostał się do parlamentu, stracił nad sobą panowanie − nagrał wyzwiska i rzucił je w stronę Polaków wprost spod portretu papieża, po czym całą nienawiść skierował w stronę PiS. Dziś przyjaźni się z „Gazetą Wyborczą”, broni sądów oraz demokracji i ucieka przed listem gończym.
Gdy kilka miesięcy po wyborach w 2015 r. przeciwnicy nowej władzy zaczęli zakłócać miesięcznice smoleńskie, podczas jednej z zadym pojawił się Władysław Frasyniuk. Obserwatorzy szybko zauważyli, że przyozdobił się na tę okazję znaczkiem, na którym cyrylicą napisane zostało „j… PiS”. Frasyniuk zresztą nie pierwszy raz próbował kreować się na prosty, robotniczy głos opozycji za pomocą przekleństw. W 2014 r. zwrócił się do prezesa PiS słowami „Jarek, p…lisz, nie było cię tam”. Prawicowe media oburzyły się tym, inne zwyczajnie przemilczały sprawę, hasło jednak powróciło w kampanii 2020 r. Pisane wprost lub kamuflowane pod symbolem ośmiu gwiazdek, na dobre zagościło w przestrzeni publicznej, rzekomo w obronie obrażanych przez PiS mniejszości. Do jego autorstwa poczuwał się zapewne Frasyniuk, o czym zresztą świadczy jego ostatnia, skandaliczna przemowa na pogrzebie Jana Lityńskiego.
Czasy totalnych
Nie sposób policzyć, ile razy nie tylko krytycy, lecz także sympatycy dzisiejszej opozycji zwracali w mediach uwagę, że nie potrafi się ona przebić z żadnym nowym programem i pomysłem, lecz tkwi w samozadowoleniu z III RP, a zarazem traumie przegranej sprzed 6 lat. Pojawienie się obraźliwych gwiazdek najpierw na ozdobach świątecznych czy pierniczkach (!) u jednej z posłanek Platformy, teraz zaś na urodzinowym torcie Borysa Budki pokazuje, że partyjni działacze chcą podpiąć się pod cudzy pomysł i zamiast oferty sprzedać wyborcom infantylną wulgarność i wulgarną infantylność.
O takim planie na politykę zjednoczonej opozycji świadczy wybór na kandydata na prezydenta Rzeszowa radnego, któremu szybko wyciągnięto zawierający wariację na temat ośmiogwiazdkowego hasła wpis w internecie i brak jakiejkolwiek refleksji lansujących go liderów. Ten nowy pomysł to na pewno za mało, by coś zbudować. Niestety może wystarczyć, by zniszczyć całkiem sporo.