Najmłodsi zostali pozostawieni w czasie pandemii sami sobie. Dorośli zajęli się sprawami dorosłych, zamykając uczniów w domach. Szkoła przerzuciła odpowiedzialność za edukację na rodziców, dotyczy to zwłaszcza najmłodszych roczników. Owo zaniedbanie będzie widoczne przez najbliższe lata.
Można odnieść wrażenie, że politycy byli skupieni na samych sobie. Gros środków zapobiegawczych w czasie zarazy zostało skierowane na ochronę seniorów. To zrozumiałe – najstarsi byli głównymi poszkodowanymi przez koronawirusa. Niemniej razi dysproporcja w podejściu do tych skrajnych grup wiekowych. Jedni byli uprzywilejowani, np. dzięki specjalnym godzinom zakupowym w sklepach, inni musieli się po prostu dostosować.
Według ekspertów Polskiej Akademii Nauk psychologiczne i edukacyjne skutki COVID-19 będą odczuwalne przez długie lata. Przymusowa izolacja, zaburzenie równowagi życia rodzinnego oraz przeniesienie kontaktów społecznych do przestrzeni wirtualnej odcisną piętno na młodym pokoleniu.
Młodzież została narażona na nowe formy cyberprzemocy, udzielił się jej także niepokój dotyczący życia codziennego. Pojawiły się lęki o przyszłość – jak poradzą sobie w nowej rzeczywistości.
Negatywne sygnały pojawiły się już podczas pierwszej fali. Wówczas eksperci prognozowali, że wyłączenie z nauczania szkolnego podczas 1/3 roku szkolnego doprowadzi do widocznych zaległości w nauce oraz do utraty przyszłych indywidualnych dochodów średnio o 3 proc. w ciągu całego życia. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że większość uczniów straci co najmniej rok nauki, co znajdzie odbicie w poziomie ich wiedzy i perspektywach na przyszłość.
Sytuacja rozwinęła się w kierunku najgorszego scenariusza z możliwych. Doświadczamy obecnie trzeciej fali pandemii, a eksperci przebąkują już o czwartej, monetyzując nastroje osób doświadczających skutków obecnego stanu rzeczy. Młodzi mają natomiast dość stanu, który nie wiadomo kiedy się zakończy. Słusznie uznają, że tracą najlepsze chwile swojego życia. Zamiast spędzania czasu z rówieśnikami, ich codziennością jest ekran komputera i metaliczny głos belfra z głośników.
Owa orwellowska rzeczywistość wzmaga wszelkiego rodzaju lęki. Nie pomaga ograniczona aktywność fizyczna i deficyt kontaktów międzyludzkich. Rodzice nie zastąpią zdrowych, bezpośrednich relacji rówieśniczych. Tak samo jak dzieci nie uspokoi monotonny, urzędowy głos, że wszystko jest pod kontrolą i będzie dobrze.
Eksperci ds. zdrowia są zgodni, że pandemia sprzyja rozprzestrzenianiu się plagi uzależnień od substancji psychoaktywnych w każdej grupie wiekowej. Młodzież radzi sobie jak może i przyznaje, że z braku innych rozrywek chętniej eksperymentuje z używkami. Pandemia zwiększa obciążenie psychofizyczne, dlatego uzależnienia są jednym z ważniejszych skutków ubocznych tego stanu. W tym stanie rzeczy zwiększa się zapotrzebowanie na psychoterapeutów ds. uzależnień u dzieci. Bartosz Kehl z Krajowego Biura do spraw Przeciwdziałania Narkomanii uważa, że izolacja i przeniesienie edukacji do sieci wzmagają poczucie niepokoju i osamotnienia, uderzają w poczucie bezpieczeństwa i powodują częstsze kryzysy. Stąd sięganie po używki przez coraz młodsze dzieci.
Tutaj należy zwrócić uwagę na jeszcze jedną, bardzo niebezpieczną tendencję. W przeszłości terapeuci ds. uzależnień mieli ograniczoną listę substancji psychoaktywnych dostępnych na rynku. Teraz ta lista stale się wydłuża. Pojawiają się coraz nowsze, coraz groźniejsze syntetyczne stymulanty. Są one coraz bardziej dostępne, a zarazem trudniejsze do wykrycia. Przedstawiając to obrazowo – dawniej, gdy ktoś chciał zażyć narkotyk, musiał go kupić od znajomego dealera i zaaplikować sobie bolesny zastrzyk heroiny. Dzisiaj kupi to wszystko w internecie, połknie kolorową tabletkę czy wciągnie proszek o nieznanych dla niego składzie chemicznym, działaniu i konsekwencjach dla organizmu. Takim przykładem są dopalacze, które mogą szybko doprowadzić do trwałych uszkodzeń narządów, a nawet śmierci. Podczas pandemii dzieci sięgają po narkotyki z monotonii i nudów. Dzielą się swoimi przeżyciami z rówieśnikami, nie bacząc na konsekwencje dla swojej psychiki i ciała. Jeszcze dwie dekady temu po tego typu używki sięgali studenci. Dzisiaj robią to uczniowie szkół średnich, a nawet podstawówek.
Wzrasta także spożycie alkoholu. Według Global Drug Survey podczas lockdownu ponad 1/3 respondentów z krajów rozwiniętych przyznała, że częściej sięga po alkohol. Sondaże wśród psychoterapeutów na całym świecie potwierdziły, że pacjenci coraz częściej przyznają się do problemów na tym tle. Zwiększa się także zażywanie leków psychotropowych. Problem dotyczy również dzieci. Pozbawione kontroli rodziców, mają więcej wolnego czasu i w zasadzie często nieograniczoną swobodę oddawania się tego typu eksperymentom. Granica wiekowa inicjacji alkoholowej przesuwa się w dół. Im dłużej będzie utrzymywał się ów stan zagrożenia, tym głębszych problemów można się spodziewać.
Badania psychologiczne prowadzone podczas pandemii w ramach akcji „Dajemy dzieciom siłę” wykazały, że dzieci stają się workiem treningowym dorosłych. Koronawirusowa histeria powoduje, że są rodzice, którzy swoje napięcie wyładowują na potomstwie. Z zeszłorocznego badania wynika, że oprócz zachowań autodestrukcyjnych wzmógł się problem, narażenia na różnego rodzaju przemoc ze strony dorosłych czy rodzeństwa.
Dotyczy to zarówno przemocy fizycznej, jak i psychicznej. Dzieci częściej doświadczały niechcianego dotyku, były werbowane do celów seksualnych w internecie czy stykały się z pornografią. Niemal co czwarty ankietowany w wieku 13–17 lat doświadczył jakichś form krzywdzenia. Zwłaszcza w gospodarstwach domowych, w których co najmniej jedna osoba nadużywała środków psychoaktywnych. 11,4 proc. respondentów dotknęła więcej niż jedna forma przemocy. Ponad 10 proc. zetknęło się z przemocą na tle seksualnym w rozmaitych formach, przeważnie wirtualnych. Jeśli chodzi o formy przemocy, to dominowała przemoc psychiczna powodowana nową sytuacją. Jeden na 20 badanych był świadkiem tego typu przemocy we własnym domu. Młodzież odnosiła się w sposób coraz bardziej agresywny we wzajemnych relacjach. Dotyczy to nawet kilkunastu procent dzieci.
Najmłodsi radzą sobie jak mogą ze stresem, a wielu go po prostu zajada. Jedzenie jest jedną z niewielu atrakcji będących zawsze pod ręką i gwarantujących natychmiastową przyjemność. Dlatego też drastycznie wzrasta w ostatnich miesiącach problem otyłości wśród dzieci. Zestresowane, przykute do krzeseł i mediów społecznościowych młode pokolenie staje się pokoleniem otyłym i chorym. Brak ruchu, brak chęci do jakiejkolwiek aktywności, złe nawyki żywieniowe, nie pozostają bez wpływu na kondycję psychofizyczną najmłodszych. Do tego dochodzi brak obowiązkowych lekcji wychowania fizycznego, bo wirtualne WF-y są przecież karykaturą normalnych lekcji.
Na fakt narastania problemu zwrócił uwagę ostatnio minister edukacji Przemysław Czarnek. – W latach 2014–2018 przyrost masy wśród dzieci i młodzieży to ponad 2 procent: to jest bardzo dużo zdaniem specjalistów. No, a teraz na pewno pandemia i przesiadywanie w pokojach przed komputerami to tylko wzmogło. Robimy więc specjalny program wsparcia dla dzieci i młodzieży, żeby z tą otyłością walczyć – powiedział. Resort pracuje więc nad poprawą programów nauczania z wychowania fizycznego oraz dostosowania ich do specyfiki płci. Jest to bardzo dobry pomysł i krok we właściwym kierunku.
Autor jest założycielem i dyrektorem Instytutu Globalizacji (www.globalizacja.org)