Taśmy miał rzekomo wrzucić do rzeki jeden z podejrzanych o nielegalne nagrywanie polityków. Po wyłowieniu nagrania poddano badaniom - najpierw przez ABW, potem przez firmę wskazaną przez prokuraturę. Obie próby odzyskania treści rozmów okazały się bezskuteczne.
Teraz - jak podaje RMF FM - prokuratura ma tylko te nagrania, które przekazali jej dziennikarze. 22 grudnia 2014 r. Anna Hopfer, prokurator, która prowadzi śledztwo ws. afery podsłuchowej, twierdziła jednak: "Mamy nagrania, które zarestrowano w innych miejscach niż restauracje Amber Room i Sowa & Przyjaciele. Nie mogę podać, o jakie dokładnie miejsca chodzi".
Piotr Nisztor - dziennikarz, który ujawnił taśmy prawdy - mówi portalowi niezalezna.pl: Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że po wielu miesiącach postępowania i sygnałów wypuszczanych przez prokuraturę, okazało się, że taśm z rzeki nie da się odczytać. Śledczy grają według mnie w jakąś bardzo dziwną grę: najpierw mówią, że mają taśmy, których jeszcze nie opisano, teraz okazuje się, że dysponują jedynie nagraniami uzyskanymi od tygodnika "Wprost". Mam nadzieję, że prokurator generalny przyjrzy się temu śledztwu, bo każdemu powinno zależeć na tym, by było ono prowadzone rzetelnie.