Wypełnił puste ramy
Gdy poproszono mnie, bym w przededniu beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia jako świadek sporego okresu jego działalności napisał o kard. Stefanie Wyszyńskim, „popadłem w rebus z sumieniem” – według barwnego wyrażenia Heleny Mniszkówny. W dniu śmierci prymasa miałem 27 lat, więc istotnie przeżyłem całkiem świadomie pod jego „panowaniem” pierwszą część życia. Jednak trudne jest mówienie o kimś, kogo się znało za jego życia, gdy postać ta patrzy na ciebie zaklęta w spiż pomników. Wówczas nagle uświadamiasz sobie, że w istocie byłeś świadkiem tworzenia się historii na twoich oczach, tej żywej, nie do przekazania w podręcznikach szkolnych. Tam trafiają wybrane punkty chwały, jak prymasowskie pomnikowe „Non possumus”, my zaś pamiętamy go jako żywego człowieka, a nie pomnik.