Wybory prezydenckie z 2017 r. różnią się zupełnie od tych z 2012 r. Pięć lat temu można było powiedzieć prawie ze 100-procentową pewnością, że prezydentem będzie lewicowy François Hollande, gdyż jego największy rywal konserwatywny Nicolas Sarkozy był zepchnięty do defensywy. Kampania toczyła się spokojnie, grzecznie, żeby nie powiedzieć nudno. Obecnie sytuacja zmienia się z dnia na dzień, a sama kampania staje coraz bardziej brutalna.
W 2012 r. lewica we Francji prezentowała się jako monolit, dziś jest wewnętrznie podzielona. Komfortowej sytuacji nie ma również prawica, która do niedawna wygrywała w sondażach. François Fillon, kandydat konserwatywnej Partii Republikanie (RP), ma nie lada problem w związku z aferą „Fillongate”. Na jaw wyszło bowiem, że rodzina Fillona otrzymała przez kilka lat ponad 900 tys. euro za fikcyjną pracę asystencką.
– ocenia komentator „Codziennej” we Francji Zbigniew Stefanik. – Wyborcy zniechęceni negatywną kampanią prowadzoną przez polityków głównego nurtu i wyciąganiem przez nich brudów mogą pozostać w domu lub zagłosować właśnie na kandydatów spoza establishmentu – uważa Stefanik.– Na waśniach w obozach sił mainstreamowych ugrać mogą dwie skrajne siły, które są reprezentowane przez liderkę Frontu Narodowego (FN) Marine Le Pen i współzałożyciela Partii Lewicy Jeana-Luca Mélenchona. Nie uczestniczą oni bowiem w obrzucaniu się błotem jak Republikanie i Socjaliści
Więcej w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie".