Gang Olsena po groźnej mutacji
O poprzednich rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz mówiło się „gang Olsena”. Tym razem jest i śmieszniej, i straszniej – Polska trafiła w ręce gangu Olsena, ale po groźnej mutacji.
O poprzednich rządach Donalda Tuska i Ewy Kopacz mówiło się „gang Olsena”. Tym razem jest i śmieszniej, i straszniej – Polska trafiła w ręce gangu Olsena, ale po groźnej mutacji.
Jeśli potwierdzą się doniesienia o tym, że ambasadorem USA w Polsce zostać ma prof. Jim Mazurkiewicz, oznaczało to będzie, że prezydent Donald Trump z finezją i humorem rozpoczyna nowy etap relacji amerykańsko-polskich.
Nie trzeba być specem od obronności, by stwierdzić, że za sprawą neoimperialnej polityki Rosji sytuacja bezpieczeństwa w Europie w ciągu ostatnich lat uległa diametralnej zmianie. Logiczne wydaje się więc dostosowanie do pojawiających się nowych zagrożeń i wyzwań.
Wiceprezydent J.D. Vance oświadczył, że prezydent Donald Trump będzie próbował przejąć Grenlandię bez względu na to, „co będą krzyczeć Europejczycy”.
Takiego cyrku chyba nikt się nie spodziewał.
Przyglądając się dość przypadkowej zbieraninie postaci, którą Donald Tusk wysłał do wdrażania w Polsce siłą „demokracji walczącej”, ma się wrażenie oglądania niskobudżetowej komedii pomyłek.
W zasadzie wiedziałem, że tak się to wszystko skończy.
Gdy Jerzy Owsiak postanowił zastraszyć reklamodawców Republiki, przypomniał mi się jego list do pierwszej damy, Agaty Kornhauser-Dudy, z 2017 r.: „Z polskiej armii w ostatnim czasie odeszło kilkudziesięciu generałów i kilkuset oficerów. Wszyscy cieszyli się bardzo dobrą opinią, mieli ogromne doświadczenie i wiedzę, byli super fachowcami”.
Okazuje się, że inicjatywa Owsiaka jest ostatecznym miernikiem nie tylko dokonań obecnej władzy, lecz także kondycji moralnej jej i społeczeństwa.
W ostatnich dniach stycznia Rodzina Salezjańska na całym świecie świętowała liturgiczne obchody swoich świętych patronów. Najpierw św. Franciszka Salezego, którego w liturgii Kościoła wspominamy 24 stycznia. Jest patronem naszej rodziny zakonnej, a papież Pius XI w 1923 r. ustanowił go patronem dziennikarzy i katolickiej prasy. Jeszcze za swojego życia był powszechnie znany jako przyjaciel biednych, człowiek o nadprzyrodzonej uprzejmości i głębokim zrozumieniu ludzkich spraw.
„Kiedy świat się będzie kończył, przeniosę się do Meklemburgii, bo tam wszystko dzieje się o 50 lat później” – jeszcze do niedawna taki cytat przypisywany był kanclerzowi Ottonowi von Bismarckowi.
Nie udało się Alaksandarowi Łukaszence przedstawienie „wyborcze”. Już przed jego przeprowadzeniem Zachód zapowiedział, że nie uzna wyniku wyborów.
Bartłomiej Sienkiewicz siedzi sobie w Parlamencie Europejskim (PE) i niczym bohater wiersza Bursy krzyczy: „Jeszcze wam pokażę / Jeszcze mnie poznacie / Jeszcze zobaczycie”.
Zwolnienie z brytyjskiego aresztu Michała Kuczmierowskiego i zgoda, aby w sprawie ekstradycji występował z wolnej stopy, to poważny cios dla prokuratury i Adama Bodnara. Można jednak było się tego spodziewać.
Od października 2023 roku rządzą zideologizowani szaleńcy, którzy wszystko wiedzą z góry i dla których fakty przestały się już dawno liczyć.
Przez lata uważano, że ostatnią bitwę w dziejach intelektualnych sporów stoczą marksizm i faszyzm. Chrześcijaństwo traktowano jako skazany na zapomnienie przesąd. „Alternatywę nieba i piekła”, filozoficzne przesłanki chrześcijaństwa odrzucono.
Wynik, który Alaksandr Łukaszenka wpisał przy swoim nazwisku po niedzielnych bezwyborach na Białorusi, mówi nam o dwóch rzeczach. Pierwsza to oczywiście fakt, że o żadnym demokratycznym głosowaniu nie było mowy.
Wiele wzburzenia po stronie lewicowo-liberalnej prowokują kolejne decyzje i wypowiedzi, a nawet samo istnienie Donalda Trumpa. Jednak tego, co stało się w połowie tego tygodnia chyba nikt się nie spodziewał. Owszem, wielu Polaków spodziewało się jakiejś oznaki zainteresowania nowej administracji USA naszą polityką, jedni czekali na cud, inni drżeli przed „brutalną ingerencją” (tu dygresja: sama „Gazeta Wyborcza” kiedyś śmiała się z takiego określenia, publikując zdjęcie dwóch amerykańskich aktorek ze znaczkami „S” i takim właśnie opisem – ale to był rok 1989) amerykańskiej prawicy w nasza „suwerenność”.