Na Moskwę jeszcze nie wydano wyroku
Twórcy i realizatorzy resetu z Federacją Rosyjską z lat 2007–2015 po ewentualnym powrocie do władzy przeistoczą polską politykę wobec Kijowa w funkcję polityki Berlina wobec Moskwy
Twórcy i realizatorzy resetu z Federacją Rosyjską z lat 2007–2015 po ewentualnym powrocie do władzy przeistoczą polską politykę wobec Kijowa w funkcję polityki Berlina wobec Moskwy
Pospolity cham, hodowany przez cały okres PRL, znalazł się na piedestale tzw. opozycji. Cham wylazł z sądów, urzędów, szkół, teatrów, czyli wszystkich miejsc, w których michnikowo-walterowski salon zasiał swoje nasienie.
W czasach politycznej poprawności aż strach przypomnieć stare westerny, skąd pochodzi znane powiedzonko: „Dobry Indianin to martwy Indianin!”. Jednak miało ono konkretny historyczny kontekst. Kiedy Hollywoodowi się odmieniło i zaczęto najpierw pokazywać „dobrych Indian”, którzy marzyli wcale nie o skalpowaniu bladych twarzy a o pokojowej koegzystencji, natychmiast też zaroiło się na ekranie od „dobrych Niemców”.
Donald Tusk stracił kompletnie wyczucie, ma kreta wśród swoich doradców, względnie mamy do czynienia z jednym i drugim naraz. Już sam fakt, że szef Platformy postanowił równocześnie wykazać, że jego rząd za pomocą taśm obalić chcieli Rosjanie i przypomnieć wszystkim, co na tych taśmach było, był co najmniej zdumiewający.
Z satysfakcją można było obserwować kolejne samoupokorzenie Rosji w związku z zawieszeniem udziału w tzw. umowie zbożowej z ONZ i Turcją. Rosja jako pretekst podała wybuchy swoich okrętów w bazie na okupowanym Krymie, ale wiele wskazuje na to, że dawno planowała ten krok. Brak realizacji umowy zbożowej przez Rosję teoretycznie skutkowałby ponowną blokadą ukraińskich portów i atakami na statki wiozące ukraińskie zboże i inne produkty rolne.
Żadnej wspólnej listy totalnej opozycji nie będzie. Mimo zaklęć Donalda Tuska nie mają takiego projektu nie tylko politycy PSL – co ostatnio publicznie przyznał poseł tej partii Marek Sawicki – ale i działacze samej Platformy. Doświadczenie ze wspólnymi listami, jakie totalni wynieśli z poprzednich wyborów do Parlamentu Europejskiego, uczy ich bowiem, że tylko na tym tracą. Jedna lista opozycji reprezentująca szeroki blok układu postkomunistycznego, nazywany dla zmylenia wyborców „demokratycznym”, jest jedynie potrzebnym Tuskowi postulatem dla polaryzacji sceny politycznej.
Jest wreszcie decyzja dotycząca budowy elektrowni atomowej w Polsce. Cały proces ustalania nie świadczy dobrze o naszym państwie.
Konfederacja próbuje rakiem wycofać się z antyukraińskiej, a co za tym idzie prorosyjskiej akcji Grzegorza Brauna. Jej politycy przekonują, że akcja „stop ukrainizacji Polski” jest skierowana przeciwko władzom państwa polskiego, i że przybysze są zawsze mile widziani. Jeśli zaś coś Braunowi zarzucają to co najwyżej złe ujęcie sprawy.
Byłem dumny jako Polak, gdy w siedzibie ONZ specjalny doradca Sekretarza Generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Przeciwdziałania Ludobójstwu pani Alice Wairimu Nderitu z Kenii, mówiąc o „genocide” ,genezie tego pojęcia i jego definicji, powołała się na polskiego prawnika Rafała Lemkina. Nie powiedziała, z jakiego był kraju, ale to już była moja rola. I tak międzynarodowe towarzystwo polsko-amerykańsko-francusko-włosko-hiszpańsko-holendersko-czesko-łotewskie usłyszało, kto wymyślił pojęcie ludobójstwa i jaki kraj reprezentował.
W tych dniach z całymi rodzinami odwiedzamy cmentarze. To wyraz naszej pamięci, a pamięć jest wdzięcznością serca za to wszystko, co otrzymaliśmy w spuściźnie po naszych przodkach.
Ataki prosowieckiej agentury na biura poselskie czy organizacje patriotyczne stają się w Polsce codziennością. Niestety, wszystko zaczęło się o wiele wcześniej.
Pisałem wielokrotnie, że dla uważnego obserwatora wydarzenia polityczne nie zachodzą oddzielnie, ale zawsze mają na siebie wzajemny wpływ, wynikają ze związków głębszych, niż widzą i opisują zapatrzeni w bieżączkę dziennikarze, że w geopolityce wypadki w jednej części świata mogą się odbić istotnym echem w całkiem innym jego zakątku. Tak jest w przypadku wojny Rosji z Ukrainą i obecnym gwałtownym wzrostem napięcia między Iranem a Azerbejdżanem.
Jak co roku, także i w tym kluby „Gazety Polskiej” wezmą udział w Marszu Niepodległości w sposób zorganizowany. Spotykamy się o godz. 13.30 przy dworcu Warszawa-Śródmieście. Wygląda na to, że wokół marszu wywiązała się dyskusja: jedni uważają, że podczas niego należy promować Polskę, która odwraca się od naszych pobratymców, również ze Wschodu – Ukraińców; drudzy zaś twierdzą, że podczas Narodowego Święta Niepodległości należy promować wielką Polskę – czyli taką, która potrafi nieść wolność innym narodom i która przez wieki była dla nas powodem do dumy.
Halloween to nie moje święto, choć odwołuje się do ciekawych tradycji i tropów religijnych, nieważne że czasem pogańskich. Potrafi też mieć interesującą estetykę.
Zaledwie kilka dni po 12. rocznicy mordu, jakiego na pracowniku łódzkiego biura PiS Marku Rosiaku dokonał Ryszard Cyba, doszło do serii napaści na inne biura poselskie tej partii. Tym razem nikt nie zginął, skończyło się na pogróżkach. Część polityków opozycji zdobyła się na potępienie sprawców tych zdarzeń, lecz już ich wyborcy najczęściej potraktowali je jako ustawkę lub powód do żartów. Zwolennicy partii rządzącej pytają, czy odpowiedzialne za ten stan rzeczy kluczowe figury polskiej polityki i mediów wiedzą, że nieustanna hodowla nowych Cybów musi doprowadzić do kolejnej tragedii. To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Gdyby jednak takowa padła, byłaby zapewne niemal równie przerażająca jak dramat sprzed 12 lat.
Od kilku lat obserwujemy w naszym kraju w okresie Wszystkich Świętych coraz większą modę na zastępowanie go kopiowanym z krajów anglosaskich Halloween, które ma pogańskie źródła. W tradycji celtyckiej wierzono, że złe duchy wędrowały po wsiach, dokuczając ludziom, a z kolei ofiary składane za dusze potępione miały pomagać w ich uwolnieniu.
Ogłoszona przez ministra obrony narodowej decyzja o budowie tymczasowej zapory na granicy Polski z obwodem kaliningradzkim jest oczywistą koniecznością wobec planu otwarcia kolejnego frontu hybrydowej agresji na wspólnotę Zachodu.
Podczas kilku pobytów w Afryce (Kenia, RPA, Madagaskar, Etiopia, Mozambik i Lesotho) w ostatnim czasie mogłem dostrzec pewien paradoks: słabnąca w Europie i Azji Rosja umacnia się na Czarnym Lądzie. Na przykład przed pandemią obroty handlowe Polski z Republiką Południowej Afryki, państwem o najbardziej rozwiniętej gospodarce na kontynencie, wyniosły 1,3 mld dol. i były niemal o połowę większe od obrotów RPA i Rosji – 0,9 mld!