- Ja sobie zdaję sprawę, że szczególnie z punktu widzenia "Gazety Polskiej" atak na mojego syna jest czymś bardzo wdzięcznym i taka jazda po nazwisku sprawia wam dużo satysfakcji, ale ja bym bardzo prosił: miejcie odwagę i róbcie dalej, tak ja to robiliście - atakujcie mnie, a nie moje dzieci - powiedział Tusk, choć dziennikarz "GPC" wcale nie zapytał o jego syna.
W takiej konwencji utrzymane zostało całe dzisiejsze wystąpienie premiera. Donald Tusk stwierdził m.in., że ma pełne zaufanie do Michała Tuska i że jest on człowiekiem "uczciwym" i "szczerym".
"Mój syn płaci wysoką cenę [...] został brutalnie prześwietlony przez media" - stwierdził Donald Tusk, nie dodając jednak, ile Michał Tusk zarobił na pracy w kilku miejscach jednocześnie, w tym w firmie prowadzonej przez oszusta.
Tusk zaprzeczył, jakoby uzyskał od służb specjalnych, których celem było ostrzeżenie syna. "Problem mojego syna nie jest problemem nepotyzmu" - powiedział premier, znów nie mówiąc, że Michał Tusk dostał kilka miesięcy temu pracę w Porcie Lotniczym Gdańsk im. Lecha Wałęsy, którego właścicielami lotniska są gminy Gdańsk, Sopot i Gdynia oraz województwo pomorskie.
Szef rządu poinformował też, że zwrócił się do ministra finansów o zwołanie Komitetu Stabilności Finansowej z udziałem m.in. KNF, NBP, ministra sprawiedliwości i RPO.
W trakcie zadawania pytań przez dziennikarzy doszło do groteskowej sytuacji. Mainstreamowi żurnaliści zaczęli pytać premiera nie o niewygodną kwestię Amber Gold, ale o... jesienne expose; ten przejaw służalczości nie spodobał się nawet Tuskowi, który poprosił o zadawanie pytań w sprawie syna i firmy Marcina Plichty.
