Polska Agencja Prasowa rozsyła codziennie po południu następujący komunikat: „Uwaga redakcje! Dotyczy gości stacji telewizyjnych", w którym informuje, kto ma wystąpić w wieczornych programach informacyjno-publicystycznych. Na pierwszy rzut oka to jedynie zwykła rutynowa depesza. Wystarczy jednak wczytać się w nią nieco uważniej, a może stać się źródłem niezwykle pouczających wniosków.
PO-PiS, czyli trzech na jednego
Weźmy dla przykładu kilka losowo wybranych dni z ostatnich tygodni i sprawdźmy, jak działa media na machina III RP. Oto kilka suchych liczb. W ciągu 3 dni w 23 programach wystąpiło aż 18 polityków Platformy, 6 z Ruchu Palikota, 5 z PSL-u oraz 5 z SLD. W sumie stacje telewizyjne oddały miejsce na antenie 34 przedstawicielom establishmentu III RP. Natomiast realna opozycja reprezentowana była zaledwie 6 razy przez PiS i 2 razy przez Solidarną Polskę.
Dysproporcje są widoczne gołym okiem i świadczą dobitnie o braku elementarnych zasad pluralizmu. Najważniejsza partia opozycyjna, mająca mandat od przynajmniej jednej czwartej wyborców, zgodnie z prostymi regułami arytmetyki powinna mieć dwukrotnie więcej miejsca antenowego, niż faktycznie otrzymała.
Co więcej, w zdrowej demokracji, w której media patrzą na ręce władzy, opozycja powinna być wręcz nadreprezentowana jako mogąca najlepiej wskazać błędy, zagrożenia czy nadużycia rządzących.
Tymczasem w polskim systemie medialnym obowiązuje, jak jasno widać, zasada wręcz przeciwna: przytłaczającą większość w programach redakcje oddają partiom władzy. A to już standardy typowe dla miękkiej dyktatury albo republiki bananowej.
„Profesorowie" belwederscy
Problem pluralizmu uczestników publicznej debaty w mediach nie kończy się jednak na politykach. Przecież oprócz nich wypowiada się tam także wielu tzw. ekspertów. Tak zwanych, gdyż niestety często nie spełniają oni roli niezależnych, obiektywnych i profesjonalnych komentatorów, jaka w teorii powinna być im przypisana.
Choć są podpisywani jako „profesorowie", „socjologowie" czy „politolodzy", a na ekranie nie pojawia się przy nich nazwa żadnej partii, to w rzeczywistości większość z nich jest dobierana również pod takim kątem, by prezentować poglądy bliskie władzy. A zdarza się, że są nawet bardziej agresywni i jeszcze dalsi od obiektywizmu niż politycy. Dla przykładu w omawianych programach jako „bezpartyjny ekspert" wystąpił Roman Giertych, podpisany jako „adwokat". Tymczasem powszechnie wiadomo, że były minister edukacji, od kiedy został wyrzucony z rządu PiS-u, robi wszystko, aby odegrać się na Jarosławie Kaczyńskim, i blisko współpracuje z Platformą.
Niegościnni gospodarze
Aktywnymi uczestnikami debat są oczywiście również sami dziennikarze. Co więcej, jako prowadzący to oni właśnie decydują o tematyce programów, poruszanych problemach, ale także o atmosferze rozmowy, traktowaniu uczestników, ułatwianiu im lub utrudnianiu przedstawiania swoich poglądów. Jako dysponenci studia już na starcie mają przewagę nad zaproszonymi gośćmi, choćby dzięki posiadanej kontroli nad mikrofonem, a jeśli są zawodowo sprawni, mają także bogaty arsenał różnych środków, dzięki którym mogą sterować dyskusją. Od najprostszych, jak przyznawanie głosu, przerywanie niewygodnych wypowiedzi, zmienianie tematu, po bardziej subtelne, jak choćby lekceważący lub aprobujący ton, wyraz twarzy czy gestykulacja. Wystarczy obejrzeć w internecie zachowania niekwestionowanej mistrzyni prorządowego dziennikarstwa Moniki Olejnik: przeprowadzane „na kolanach", z uśmiechem i sympatią wywiady z politykami władzy, którzy otrzymują od niej wszelkie możliwe wsparcie, by wypaść przekonująco, a z drugiej strony agresywne, złośliwe, przypominające raczej policyjne przesłuchania rozmowy z politykami opozycji. Podobnie jest u Tomasza Lisa, gdzie premier i jego sojusznicy mogą liczyć na wygodne pytania i suflowanie gotowych odpowiedzi, a opozycja traktowana jest krytycznie i napastliwie. Ten model powtarzają liczni pomniejsi naśladowcy Lisa i Olejnik w rozmaitych programach.
Ostatnio często pojawia się pojęcie „przemoc medialna" – głównie w kontekście dyskryminacji mediów niezależnych, w szczególności telewizji Trwam. Jak pokazują podane przykłady, przemoc ta jest jednak głęboko, wręcz immanentnie zakorzeniona także wewnątrz mediów, tworzących system tzw. mainstreamu. By ją wyeliminować, niezbędne są więc równie głębokie zmiany systemowe.