Coraz więcej wskazuje na to, że tragedia z 10 kwietnia nie była dziełem całkowicie nieprawdopodobnego zbiegu przypadków, ani równie niemożliwych błędów załogi, jak to insynuują raporty MAK i Millera, lecz przebiegała według profesjonalnie opracowanego scenariusza.
Propagandowe komisje
Komisje gen. Anodiny i ministra Millera nie analizowały szczegółowo ani dokładnie zapisów TAWS i komputerów pokładowych. Swój wysiłek, bardziej propagandowy niż badawczy, poświęciły natomiast na wątpliwej jakości analizy psychologii pilotów. To im właśnie oraz rozważaniom o systemie szkolenia w 36 Specjalnym Pułku Transportowym poświęcone jest 70% objętości raportów komisji. A kluczowe dane, opisujące położenie samolotu, są podawane niedokładnie, w sposób przybliżony, w oparciu o… amatorskie fotografie uszkodzonych drzew, wykonane Rosjanina Amielina, prawdopodobnie powiązanego z tamtejszymi służbami!
Gdyby bowiem komisje śledcze zajęły się nie tworzeniem propagandy, lecz analizą danych w rejestratorach lotu, to musiałyby podjąć się też odpowiedzi na niewygodne dla nich pytania. Zapisy TAWS/FMS pokazują bowiem, że samolot przeleciał najprawdopodobniej nad osławioną brzozą, pod którą kwiaty składał Bronisław Komorowski, a ona sama jest wobec tego zapewne zwykłym wiatrołomem. Mogła też zostać złamana przez ogonową część wznoszącego się w tym momencie szybko tupolewa.
Jest zdumiewające, że zapisy rejestratorów, które pokazywały dokładnie gdzie, w którym momencie i na jakiej wysokości był samolot, nie zostały potraktowane jako podstawowe źródło informacji.
Istnieją nawet - łatwe do znalezienia w internecie- analizy, które wykazują, że kombinacja z danymi, dokonana przez MAK miała na celu takie zniekształcenie trajektorii lotu, by samolot miał fizyczną możliwość trafienia w „pancerną brzozę”.
Komisja Anodiny, a w ślad za nią komisja Millera, bardzo luźno podeszły zresztą także do analizy zniszczeń roślinności. Ujęły w raportach tylko niektóre, pasujące do ich teorii ślady kontaktów części samolotu z drzewami. Dla jednych podały wysokość ścięcia, dla innych nie. A w podstawowej kwestii, czyli w jaki sposób zwykła brzoza mogła złamać wytrzymujące nacisk wielu ton skrzydło potężnego TU-154 nie wykonały żadnych obliczeń, symulacji ani prób. Po prostu przyjęły jako bezdyskusyjny dogmat, że „jak walnęło, to się urwało”, jak to lekceważąco wyraził Edmund Klich. Dopiero naukowe zbadanie tej kwestii przez prof. Biniendę przyniosło w tej sprawie przełom, wykazując, że w rzeczywistości to skrzydło mogłoby z łatwością złamać taką brzozę, gdyby w ogóle doszło do kolizji.
Więcej w poniedziałkowym wydaniu „Gazety Polskiej Codziennie”
