Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Niemcy mają zająć nasze miejsce. Histeria Tuska szkodzi Polsce

Prawdziwy cel antyamerykańskiej histerii rozpętanej przez „uśmiechniętą” władzę jest nie tylko wewnętrzny. Donald Tusk i posłuszne mu media chcą czegoś więcej niż pretekstu do ataku na Karola Nawrockiego. Mamy do czynienia z ich strony ze świadomym działaniem na rzecz obniżenia naszej pozycji w UE i ograniczenia naszych możliwości negocjacyjnych. Widać to szczególnie po niedawnych reakcjach rządu na przemówienie prezydenta wygłoszone podczas CPAC.

To, że wystąpienie Karola Nawrockiego w Dallas spotka się z hejtem „uśmiechniętej” Polski i liberalnych mediów, było oczywiste. Warto jednak zwrócić uwagę nie na sam fakt ataku na prezydenta, lecz na sposób jego „argumentacji”. Mamy tu do czynienia z typowym dla antypisowskiego chóru odwracaniem kota ogonem. Obecna władza usiłuje – za pomocą wspomnianego hejtu – ukryć własne winy i przerzucić je na Nawrockiego. 

Po co nam UE?

Pomińmy już brednie o „udziale w konferencji faszystów”, przeznaczone dla najbardziej betonowego elektoratu KO i lewicy. Obecność prezydenta na CPAC i wygłoszone przez niego przemówienie usiłowano przedstawić jako koronny argument za polexitem. Oto Nawrocki pojawił się na imprezie tych, którzy chcą zniszczyć Unię, stanął po stronie Donalda Trumpa, który jest przecież największym wrogiem UE. Pomijając tak „błahą” kwestię, jak to, że w przemówieniu prezydenta nie padło nawet słowo o polexicie, za to zaznaczona została troska o obecny stan Unii i chęć naprawy tej organizacji, spójrzmy na całą tę sytuację z dystansu, na chłodno. Mimo quasisakralnego, sekciarskiego wręcz stosunku części zwolenników „uśmiechniętej” Polski do Unii, nasza obecność w UE nie jest dobra sama z siebie, tylko z powodu profitów, jakie ona nam daje. Te zaś, co oczywiste, uzależnione są od naszej pozycji w obrębie tej struktury. Im ona jest lepsza, tym więcej możemy uzyskać (do tego zresztą, do pewnego momentu, odwoływał się w swojej propagandzie sam Tusk, z jego słynnym „nikt mnie nie ogra”). Sojusz z USA, absolutnie kluczowy dla naszego bezpieczeństwa (co więcej, im słabsze NATO, tym istotniejszy), jest nie tylko wsparciem na poziomie militarnym. To także konieczny element naszej silnej pozycji w obrębie samej UE. 

Bez wsparcia Stanów Zjednoczonych możemy być rozgrywani w tym tworze, jak chcemy – zwłaszcza że nie zdołaliśmy stworzyć żadnej wewnętrznej, realnej koalicji państw naszego regionu. Gdy jednak stoi za nami Waszyngton – trzeba się z nami liczyć. W tym tkwi prawdziwy cel obecnej, antyamerykańskiej histerii, rozpętanej przez rząd Tuska. Tu chodzi o coś dużo poważniejszego niż propagandowe paliwo do atakowania prezydenta. Jeszcze ważniejsze jest to, że mamy tu do czynienia ze świadomym działaniem na rzecz obniżenia naszej pozycji w UE, ograniczenia naszych możliwości negocjacyjnych.  Żeby zdać sobie z tego sprawę, wystarczy porównać działania polskiej władzy z tym, co robi Berlin.

Powrót starych biznesów

Kiedy nasi „uśmiechnięci” politycy robią z siebie idiotów w internecie, urządzając konkurs na to, kto napisze najbardziej obraźliwego i kretyńskiego tweeta pod adresem obecnej administracji w Waszyngtonie, Berlin wydaje miliony euro na lobbing u Trumpa. Prawda jest bowiem taka, że Niemcy wcale nie chcą wypchnąć USA z Europy. Mają pełną świadomość, że gdyby do tego doszło, byłyby dziś zupełnie bezbronne militarnie, co skończyłoby się ponadto ekonomiczną katastrofą. Oczywiście liberalni i lewicowi przedstawiciele europejskich „salonów intelektualnych” mogą się mądrzyć, ile chcą, codziennie pisać o tym, że USA ostatecznie upadły i Europa będzie lub nawet już jest samowystarczalną potęgą, że Trump jest większym zagrożeniem niż Chiny, Iran i Rosja razem wzięte. W tym samym jednak czasie niemieccy decydenci prowadzą zupełnie inną politykę. 

Berlin chce mieć jak najlepsze relacje z USA, także z tymi rządzonymi przez Trumpa. Jest tylko jedno „ale”. Domaga się „wyłączności”. Berlin dąży do bilateralnych relacji z USA, w których on będzie „reprezentował” (czyli uwzględniał tylko swoje interesy) UE. W takiej sytuacji, co fundamentalne, to od jego decyzji będzie też zależało, ile z efektów tychże kontaktów „skapnie” dla reszty państw UE i w jakiej kolejności. Zresztą taki układ nie byłby niczym nowym – dokładnie w ten sposób wyglądały relacje USA–Niemcy za początków prezydentury Joego Bidena. Skądinąd widzimy też, czym się to skończyło dla naszego regionu, był to bowiem jeden z głównych czynników, który sprowokował Rosję do rozpętania pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Cały dowcip polega więc na tym, że Berlin chce dokładnie tego, co USA zaproponowały Nawrockiemu, i co Polska mogłaby przynajmniej spróbować osiągnąć, gdybyśmy mieli rząd, który gotów byłby współpracować z prezydentem. Sytuacja jest bowiem prosta: nasze państwo może mieć silną pozycję w UE, własny, słyszalny głos, ale – przynajmniej obecnie – tylko w układzie z USA. Nic dziwnego też, że to ostatnie, czego chce Berlin.

Nasza agenda

Dlatego też obecny rząd robi, co może, żeby zniszczyć nasze relacje transatlantyckie, które są jak najbardziej realnym zagrożeniem dla interesów Niemiec i ich absolutnej dominacji w UE. Tusk i jego ekipa, z Sikorskim na czele, dwoją się i troją, żeby pokazać Ameryce nasze państwo jako niewiarygodnego sojusznika. Jeśli nawet nie są w stanie osłabić samych kontaktów Nawrockiego, to przynajmniej usiłują dać do zrozumienia obecnej administracji w Waszyngtonie, że to do rządu należy ostatnie słowo, że Ameryka nie ma czego tu szukać, że Nawrocki nic tutaj nie znaczy. W ten sposób dążą do sytuacji, w której Ameryka, zrezygnowana chaosem, nieprzewidywalnością i agresją części środowisk politycznych w Polsce, zamiast próbować ustawiać relację z Polską, wróci do zacieśnia swoich więzi z Berlinem. Jednocześnie „uśmiechnięta” Polska i posłuszne jej media przedstawiają swoje działania jako walkę z eurosceptykami i powstrzymywanie polexitu. Tymczasem tak naprawdę doprowadzają do sytuacji, w której Polska będzie coraz słabsza w UE, blokując dokładnie te działania, które mogą powstrzymać marginalizację naszego państwa i zapewnić mu podmiotowość. W tym tkwi cała perfidia propagandy „uśmiechniętej” Polski. To  pokazuje także, w jak niebywały wręcz sposób rządzący okłamują i ogłupiają swoich sympatyków. Dlatego też tak ważna była obecność Nawrockiego na CPAC. Obecnie zadaniem prezydenta, przy tak patologicznych działaniach rządu, jest pokazanie Stanom Zjednoczonym, że Polska nadal może być wiarygodnym partnerem. Że istnieją w naszym kraju środowiska polityczne, które są w stanie podtrzymywać normalne relacje z USA. Z tego właśnie powodu miejmy nadzieję, że na kolejnych tego typu wydarzeniach prezydent także będzie obecny.  

Jest jeszcze jeden powód, dla którego obecność Nawrockiego za oceanem była tak ważna. Wokół prezydenta USA kręci się wiele sił, które są naszą konkurencją polityczną. Nie tylko tych lewicowo-liberalnych. W końcu i znaczna część prawicy europejskiej, mimo częściowej zgodności na poziomie np. idei, prezentuje, szczególnie jeśli chodzi o geopolitykę, ze stosunkiem do Rosji na czele, agendę nie tyle nawet różną od naszej, ile będącą dla nas realnym zagrożeniem. Tym ważniejsze jest, żeby polski głos był dziś słyszany w Waszyngtonie.
 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej