Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Reklama
Polska

Kalisz dołącza do chóru "silnych razem". Pod hasłem "liczenia głosów" - próba wywołania chaosu w państwie

Rzekome "pomyłki" w komisjach wyborczych, teza o "aplikacji Mateckiego" z alkoholowym rodowodem, kuriozalne pomysły prawników - od pierwszych godzin po przedstawieniu wyników II tury wyborów prezydenckich środowiska związane z koalicją rządzącą nie ustają w próbach zakwestionowania wyboru Karola Nawrockiego. Wszystko to ma jeden wspólny cel - wywołanie zamętu wokół wyboru głowy państwa i podważenie - bardzo silnego - mandatu prezydenta-elekta. Do chóru, w którym prym wiodą "silni razem" skupieni wokół Romana Giertycha, dołączył Ryszard Kalisz, były polityk SLD i PZPR, a dziś członek Państwowej Komisji Wyborczej.

Krótko po godzinie 5.00 rano 2 czerwca opinia publiczna w Polsce poznała wyniki II tury wyborów prezydenckich. Wygrał je popierany przez Prawo i Sprawiedliwość Karol Nawrocki, który uzyskał 10 606 877 głosów, a jego rywal z Platformy Obywatelskiej - Rafał Trzaskowski - o blisko 370 tys. głosów mniej. 

Reklama

Kilka godzin później, podczas konferencji Państwowej Komisji Wyborczej, przewodniczący gremium, sędzia Sylwester Marciniak, ogłosił oficjalnie wyników wyborów i podkreślił, że zarówno pod protokołem, jak i uchwałą o wyborze Nawrockiego podpisali się wszyscy członkowie PKW.

Kalisz chce liczyć głosy

Od kilku dni wśród polityków i sympatyków KO, związanych m.in. z grupą "silni razem" rozpoczęła się narracja mająca wytworzyć przekonanie o zafałszowaniu ostatecznych wyników. Główna jej linia narracji zakłada konieczność "ponownego przeliczenia głosów" w II turze wyborów prezydenckich, co ma wynikać z pomyłek w pojedynczych komisjach obwodowych. 

Narrację tę legitymizuje teraz Ryszard Kalisz, były poseł SLD, a obecnie członek Państwowej Komisji Wyborczej.

- Posiedzenie PKW dot. wpisów błędnych liczb głosów w protokółach niektórych OKW odbędzie 9 czerwca 2025 r. o godz. 17:00. Sąd Najwyższy rozstrzyga o ważności wyborów na Prezydenta R.P. na podstawie sprawozdania przedstawionego przez PKW oraz po rozpoznaniu protestów

- napisał Kalisz w mediach społecznościowych.

Próba scenariusza rumuńskiego

Ryszard Kalisz, wybrany do PKW przez obecną większość sejmową, już na długo przed wyborami prezydenckimi przedstawiał w mediach koncepcję, która zakładałaby przejęcie władzy w państwa przez marszałka Sejmu (formalnie drugą osobę w państwie). Ma to związek z kwestionowaniem przez obecną koalicję rządzącą i jej akolitów legalności Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, która orzeka o ważności wyborów.

Wcześniej podobne deklaracje płynęły ze strony marszałka Sejmu, Szymona Hołowni, a ich efektem była choćby tzw. ustawa incydentalna, która de facto podważała rolę IKNiSP jako organu uprawnionego do orzekania o ważności wyborów.

Miecz obosieczny

Możliwe pomyłki w protokołach, do których przyznała się część komisji obwodowych, dziś służą jako polityczny oręż głównie strony sprzyjającej koalicji rządzącej i Rafałowi Trzaskowskiego.

Należy jednak zwrócić uwagę, że pomyłki te działały "w obie strony" - zarówno na korzyść Karola Nawrockiego, jak i na korzyść Rafała Trzaskowskiego. Już od pierwszych dni spinu forsowanego przez "silnych razem" o takiej "dwustronności" pomyłek pisali analitycy.

Podstawą do medialnego szumu wokół wyników II tury w danych komisjach ma być ich niezgodność wobec wyników z I tury. Za "fałszerstwo" silni razem gotowi są uznać każdy przypadek, gdy Rafał Trzaskowski uzyskał w danej komisji mniej głosów 1 czerwca niż 18 maja.

Początkowe szacunki mówiły o odstępstwach (na rzecz/na niekorzyść obu kandydatów) w ok. 20 komisjach. Dziś pojawiają się w mediach społecznościowych sugestie o ponad 100 komisjach, w których stracił Trzaskowski, i ponad 100 komisach, w których stracił Nawrocki. Niezależnie od tego, wciąż sumaryczna liczba głosów, które miał otrzymać wskutek domniemanej pomyłki jeden czy drugi kandydat jest bardzo odległa od ogólnej różnicy głosów między kandydatami w drugiej turze - wynoszącej blisko 370 tysięcy.

Trudno nie odnieść wrażenia, że gorąca dyskusja na temat rzekomych pomyłek i konieczności liczenia głosów, w sytuacji, gdy nie mają one żadnego wpływu na ostateczny wynik wyborów prezydenckich, jest próbą osłabienia mocnego społecznego mandatu nowego prezydenta RP i podważenia demokratycznych procedur oraz woli obywateli.

"Aplikacja Mateckiego" - historia pijanego wpisu

W spektrum tych działań znalazła się także inna narracja - dotycząca tzw. aplikacji Mateckiego. Chodzi o aplikację pozwalającą weryfikować zaświadczenia o prawie do głosowania, której stosowanie proponował Ruch Ochrony Wyborów. Na potrzeby politycznego spinu związano z nią posła Dariusza Mateckiego. Temat ten aktywnie podgrzewa w ostatnim czasie Roman Giertych. 

Punktem wyjścia tej narracji miał być wpis jednego z użytkowników serwisu wykop.pl. 

 W skrócie - ma dotyczyć tego, że rzekomo za pośrednictwem aplikacji miano fałszować wyniki wyborów. Na podstawie stworzonego przez AI skryptu użytkownik miał wykazać, że rzekomo "realne" wyniki wyborów to niespełna 10 mln głosów na Nawrockiego i 10,4 mln głosów na Trzaskowskiego.

Sam użytkownik "KoronaWuhan", od którego wyszedł wpis, stwierdził potem, że "kod napisany był bardzo mocno na szybko i będzie musiał go dokładniej zweryfikować", a post usunął i poprosił, by się na niego nie powoływać. Potem jednak przyznał wprost, że "wygenerował to sobie po pijaku na szybko w LLM-ie bez większej analizy".

"Pozdrawiam cieplutko, nie wierzcie we wszystko co widzicie w internecie" - dodał.

Narracja na podstawie kodu "wygenerowanego po pijaku na szybko" jest jednak ciągle forsowana, zasłaniając tym samym problem nieuregulowania kwestii zaświadczeń o prawie do głosowania, które mogą stanowić furtkę do realnych nadużyć w procesie wyborczym. 

- Chciałbym publicznie oświadczyć: jeśli rząd nie zrobi systemu weryfikacji głosujących na zaświadczenia / to używanie niezależnej aplikacji weryfikującej będzie całkowicie powszechne w komisjach wyborczych

- zwrócił uwagę wspomniany poseł Dariusz Matecki.

Szczególnie, że zaświadczenia te powinny być w sposób dokładny kontrolowane, a w procedurze spisywania numerów zaświadczeń Państwowa Komisja Wyborcza i Krajowe Biuro Wyborcze nie dostrzegły niczego nielegalnego. 

Wariant na niezwołanie Zgromadzenia Narodowego

Obok narracji o możliwych fałszerstwach wyborczych, mających wpływać na realny wynik wyborów, środowisko związane z obozem rządzącym próbuje także w inny sposób podważyć mandat prezydenta-elekta, a także - powagę urzędu prezydenta RP. 

Niedawno Michał Paprocki z kancelarii Marka Chmaja - konstytucjonalisty, o którym głośno zrobiło się przed wyborami w 2023 roku, gdy dał się nagrać w rozmowie z Marianem Banasiem - zaproponował marszałkowi Sejmu niezwołanie Zgromadzenia Narodowego, na którym nowo wybrany prezydent składa przysięgę. 

Propozycja taka jednak nie mieści się w granicach prawa, a nawet wprost - konstytucji RP. Konkretnie art. 291 par. 2 - "Ustępujący Prezydent RP kończy urzędowanie z chwilą złożenia przysięgi przez nowo wybranego Prezydenta RP". Czyli dopóki prezydent-elekt nie złoży przysięgi, urzęduje dotychczasowy prezydent. 

"Czyja będzie Polska?"

Chociaż w państwie demokratycznym wynik głosowania i późniejsze stwierdzenia ważności wyborów przez sąd powinny kończyć proces wyboru nowego prezydenta, to wydaje się, że świat polityczny i opinię publiczną w Polsce czekają gorące tygodnie pod znakiem próby zakwestionowania wyborczego zwycięstwa Karola Nawrockiego.

Nieustannie trwają również ataki personalne na Karola Nawrockiego i jego rodzinę, w tym 7-letnią córkę Kasię. 

Salon III RP na pytanie zadane kiedyś przez premiera Olszewskiego: „Czyja będzie Polska?”, konsekwentnie odpowiada: „Na pewno nie wasza” 

- pisał niedawno w "Gazecie Polskiej" Maciej Kożuszek. Wyborczy wynik był dla wspomnianego salonu zbyt bolesnym policzkiem. Szczególnie, że może on skutecznie zachwiać trwałością koalicji 13 grudnia. 

 

 

Źródło: niezalezna.pl
Reklama