Nie chcę wpadać w patetyczne banały, z którymi każdy z Czytelników by się zgodził, a które też każdy zna na pamięć. Wojna nie jest złym wspomnieniem z podręczników historii lub egzotyczną ciekawostką z ostatnich minut międzynarodowych części serwisów informacyjnych. Przypełzła z ruskimi czołgami pod nasz próg, a kilkoma zabłąkanymi pociskami kilka razy go przekroczyła. Zakupy uzbrojenia nie są już tylko zabawą dużych chłopców, lubiących drogie i głośne gadżety. Historia się nie skończyła, powszechna szczęśliwość nie zdążyła się natomiast zacząć. Żołnierze i broń są dziś potrzebni bardziej niż kilka lat temu. Defilada też, jako święto, jako atrakcja i jako demonstracja siły potrzebna jest bardziej. I jak zawsze towarzyszyły jej narzekania – że to totalitarny sztafaż, że to niepotrzebne, że za ciepło ludziom i pieski też się męczą.
Że to robienie polityki, a tak naprawdę nie mamy czym się bronić. Dobrze, że przynajmniej nie piszą już, że nie ma nas kto zaatakować, jak pisali przez całe lata, tworząc kolejne resety i wiernopoddańcze hołdy. Wciąż dbają jednak, byśmy nie poczuli się zbyt pewnie, mamy tkwić w kompleksach i liczyć na innych, nigdy na siebie. Coraz mniej ludzi chce tego słuchać, a pokaz gromadzi kilkaset tysięcy osób, często takich, które wcale nie są w pełni oddane obecnej władzy i jej polityce, mówiąc delikatnie. 15 sierpnia łączy jednak, nie dzieli. Szkoda tylko, że choć tego dnia mało kto daje posłuch wiecznym narzekaczom, wyborczym głosem i pilotem telewizora wciąż jednak ktoś przedłuża im mandat do głoszenia tego defetystycznego, udającego tylko realizm marudzenia.