Rafał poza tabelą
W niedawnym tekście „Wyborczej” o kampanii Trzaskowskiego, po roku poddanej wielkiej krytyce, okazało się, że była zła, chaotyczna, taka sama jak kandydat.
Autor nie dodał jeszcze swojego opisu.
W niedawnym tekście „Wyborczej” o kampanii Trzaskowskiego, po roku poddanej wielkiej krytyce, okazało się, że była zła, chaotyczna, taka sama jak kandydat.
Donald Tusk zapowiedział budowę pomnika Tadeusza Mazowieckiego i zwołał wielki marsz na 4 czerwca 2027 r. Tusk chce tym samym powtórzyć schemat sprzed poprzednich wyborów: najpierw liczna demonstracja, generująca falę społecznych emocji, a później dojechanie na tych emocjach aż do głosowania.
W Krakowie ekipa podpadła tym, że przeginała, nawet jak na niskie standardy III RP.
Rok temu Karol Nawrocki wygrał mecz od początku ustawiony pod jego przeciwnika. Rafał Trzaskowski miał podstawy, by wierzyć w swoją wygraną. W jego kampanię zaangażowane były nie tylko media publiczne i prywatne stacje telewizyjne, ale też służby specjalne, przekazujące dziennikarzom informacje, do których dostęp był ściśle reglamentowany.
Politycy Koalicji Obywatelskiej i prezydenci dużych miast znaleźli się od niedzielnego wieczoru w bardzo niekomfortowej sytuacji. Ewidentnie mało który z nich brał pod uwagę, że krakowskie referendum przynajmniej w kwestii odwołania Aleksandra Miszalskiego okaże się skuteczne.
Partia Pracy dostała łomot, tyle że nie konserwatyści na tym skorzystali, a zyskała partia reform UK Farage’a.
W poniedziałek, a więc jeszcze przed planowanymi na dziś dużymi protestami w Warszawie, przed siedzibą premiera ustawiło się Miasteczko Gniewu organizowane przez Roberta Bąkiewicza i jego środowisko. Przez cały wieczór w poniedziałek trwały policyjne próby usunięcia tego zgromadzenia.
Polska podpisuje SAFE, choć nie ma do tego podstaw prawnych, więc premier miga się od sygnowania i wysyła dwóch ministrów.
Zbigniew Ziobro w USA jest dla władzy groźniejszy niż na Węgrzech. Choć Donald Tusk nienawidzi Donalda Trumpa bardziej niż Viktora Orbána, jest to dla niego zbyt mocny przeciwnik.
Referenda nie mają w Polsce szczęścia. Jeśli nie były obarczone z góry jakąś istotną wadą – jak to, w którym przyjęto obecnie obowiązującą konstytucję – to i tak nie przynosiły oczekiwanych korzyści decydentom. Choć dziś, również po prawej stronie sceny politycznej, nie brakuje sceptycznych głosów w sprawie pytania referendalnego, jakie chciałby zadać Polakom Karol Nawrocki, to zaryzykuję stwierdzenie, że prezydent tę akurat sprawę już politycznie wygrywa. I to niezależnie od tego, czy do głosowania ostatecznie dojdzie, czy też nie.
Waldemar Szczurek zaczyna ścigać prezydenckich urzędników za doradzenie Karolowi Nawrockiemu, by nie przyjmował ślubowania od nowych (neo?) sędziów TK. Powody się znalazły, sami sędziowie tak bardzo nie wierzyli, że Nawrocki mógłby ich zaprzysiąc, że niektórzy z nich nawet nie dopełnili stosownych ustawowych formalności i nie poinformowali KRS o odejściu z macierzystych sądów.
Symbolem serwilizmu TVP wobec obozu władzy przed 2015 r. było chóralne „Sto lat”, zaśpiewane w studiu Tomasza Lisa premierowi Donaldowi Tuskowi. Ten obraz został z jego uczestnikami na bardzo długo, a urodzinowy śpiew nie wyszedł szefowi PO i jego admiratorom z Telewizji Polskiej na zdrowie.
Marszałek Sejmu nie kryje, że będzie chciał zablokować publikację aneksu do raportu z likwidacji WSI. Dokument ten przez blisko 20 lat leżał w szufladach, obrastając w legendy i niedopowiedzenia. Dziś, dzięki determinacji prezydenta Karola Nawrockiego, ale też prof. Sławomira Cenckiewicza, jesteśmy bardzo blisko poznania jego treści.
23 kwietnia spora część widowni ogłosiła w mediach społecznościowych bojkot TVN24. Bo stacja ośmieliła się przerwać transmisję wystąpienia Andrzeja Seweryna. Polska jako kraj nie staje po stronie słabszych. Pogardza nimi i bagatelizuje ich głos. Mają przestać się bać niedźwiedzi i zacząć je kochać bezkrytyczną miłością. A jak nie, to niech się wyprowadzą do miasta.
W ubiegłym tygodniu debatę publiczną zdominowała wizyta w Polsce prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Uwagę skupiano na trzech wątkach, charakterystycznych dla zdemolowanej przez obecny rząd sfery publicznej. Wszyscy zwrócili uwagę na to, że premier Donald Tusk w rozmowie z Macronem opowiadał o historii Danzig, a nie Gdańska, gość podejmowany był z rażącą czołobitnością, wreszcie – że nie dopuszczono do spotkania francuskiego przywódcy z prezydentem RP. Dziś mało kto już o tym pamięta, bo nasz premier wszczął poważną i mogącą mieć wielkie konsekwencje awanturę z administracją USA.
Jeśli przykładać sytuację z Węgier do naszej, to raczej Fidesz przegrał, bo nie przerobił historii PiS z ostatnich wyborów.
W krajach anglosaskich często używa się terminu „lame duck” (czyli „kulawa kaczka”), oznaczającego polityka, który jeszcze sprawuje swój urząd, ale jego czas już się kończy.
Podziały na frakcje w Prawie i Sprawiedliwości nie są niczym nowym. Wizja wewnętrznych konfliktów w największej partii opozycyjnej od miesięcy rozpala wyobraźnię dziennikarzy i budzi zaniepokojenie wielu wyborców. Ostatnie dni przyniosły wyjątkowe zintensyfikowanie niepokojących sygnałów. Co ciekawe, nie brak też głosów, że tak naprawdę mamy do czynienia z chaosem kontrolowanym, obliczonym na poszerzenie elektoratu i zdobycie nowych koalicjantów.
Skala mniejszych i większych prawnych naruszeń i niedociągnięć całego procesu powołania nowych sędziów TK robi wrażenie i jest bardzo rozwojowa.
Największą wartością wygranej Pétera Magyara dla polskich komentatorów wydawało się możliwe zerwanie z rosyjskim komponentem dyplomacji poprzednika.