Niezdrowe emocje, jakie wywołuje publikacja tygodnika „Do Rzeczy” na temat prof. Witolda Kieżuna i jego kontaktów z SB, nie są niczym nowym.
Rzadki, co ciekawe, ton oskarżycielski wobec bohatera Powstania Warszawskiego w debacie publicznej, miesza się z narracją „Gazety Wyborczej”, spowodowaną histerycznym atakiem na autorów. Narracja, w której dominuje element satysfakcji, brzmi: „mieliśmy rację, broniąc posądzanych o współpracę”. Każdy wypadek odkrycia nowych archiwów na temat osób publicznych wywołuje i będzie wywoływał niezdrowe emocje, bo elity opozycji konstruktywnej popełniły – często świadomie – grzech zaniechania. Wraz z przejęciem resortów siłowych po zakończeniu rządów Tadeusza Mazowieckiego należało zająć się budową czegoś w rodzaju IPN‑u i pomyśleć nad rozliczeniem się ze spuścizną PRL‑u. Był to ostatni dzwonek.
Dziś zbieramy żniwa zaniechania tych, którzy jako pierwsi mieli możliwość wglądu w akta bezpieki, później apelując o ich zabetonowanie.
Źródło: Gazeta Polska Codziennie
Grzegorz Wszołek